Kilka słów na papierze (cz.1). Historia bocheńskiej znajomości Wójcików i pań Mortkowicz

Posted: 04/01/2016 in Artykuły prasowe, Bochnia
Tagi: , , , ,
1b. Irena Wójcik

Irena, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Zaświadczenie napisane na maszynie schowane jest w białej teczce w jednym z bocheńskich mieszkań. W treści kilka lakonicznych zdań o: klęsce, przewiezieniu, gościnie, przymusowym pobycie, pochodzeniu, opiece. Pozostawione na końcu podpisy ujawniają tożsamość dwóch kobiet. Dalsze kroki prowadzą do odkrycia prostej historii, w której spazmatyczne drgawki niezrównoważonych dziejów, mieszały ludzkie losy z powietrzem małego miasteczka.

Irena. Anioł na stacji kolejowej

Ludzie wycieńczeni doświadczeniem 63 dniowej walki miejskiej, podczas Powstania Warszawskiego, kierowani byli przez Niemców do obozów przejściowych. Jeden z nich utworzono w halach, na terenie dawnych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Pruszkowie. Tam odbywały się selekcje, do czasu których wygnańcy z Warszawy, przebywali w ekstremalnie trudnych warunkach. Dalej trafiali do pociągów towarowych. Bydlęce wagony  zabierały ich na przymusowe roboty do Niemiec, do obozów koncentracyjnych lub w różne zakątki Generalnego Gubernatorstwa. Trzecia z dróg przeznaczona była głównie dla starców, kobiet i małych dzieci.

Jeden z takich transportów trafił z Dulagu w Pruszkowie, na peron w mieście Bochnia. Był październik 1944 roku. Na niewielkiej stacyjce czekali mieszkańcy miasta, zaalarmowani wcześniej przez Radę Miejską Opiekuńczą, w którą zaangażowani byli m. in.: lekarz Władysław Krupa i  proboszcz Władysław Kuc. Jeszcze na dworcu, przyjezdni otrzymali ciepłą zupę. Pomimo trwającej już piąty rok wojny i rosnącego zagrożenia, Bochniacy przybywali z pomocą rodakom i bez zastanowienia zabierali Warszawiaków do siebie. Wysiedleńcy znaleźli schronienie w bocheńskich domach i okolicznych dworach. Wśród uratowanych, jak ustaliła Grażyna Potępa z Muzeum w Bochni, była aktorka Danuta Szaflarska z rodziną i były prezydent Polski Stanisław Wojciechowski z żoną.

Tłum uchodźców wykruszał się powoli, przemieszczając małymi grupkami w różne zakątki miasta. Na dworzec kolejowy Irena Wójcik przyszła prawdopodobnie dosyć późno. Na miejscu znalazła zaledwie kilka osób. Jej uwagę zwróciły – siedzące na walizkach, zupełnie na uboczu – dwie kobiety. Podeszła do nich i z wrodzoną delikatnością zapytała: „Czy Panie mają już nocleg?”. Młodsza przecząco pokiwała głową, a Irena bez chwili zastanowienia zaprosiła do siebie. Od tamtej chwili stała się „ciemnowłosym aniołem”, który obdarował dwie przypadkowe kobiety najwspanialszym prezentem – ułamkiem spokojnego życia.

Elżbieta. Sen w białej pościeli

2a. Rodzina Wójcików

Rodzina Wójcików, Zb. prywatne, foto ARS 2015.

Trzy kobiety przemierzyły fragment miasta. Ze stacji kolejowej, do domu Wójcików droga prowadziła przez wzgórze obecnej ulicy Konstytucji, przecinała zasnute jesiennym listowiem Planty, a dalej pokonywała niewielkie wzniesienie ulicy Białej. Tam, w połowie traktu stał (i stoi do dnia dzisiejszego) niski domek należący do rodziny Pletych.

Tego dnia Elżbieta zd. Gajdecka, wdowa po wachmistrzu Józefie Wójciku, krzątała się po kuchni. Prawdopodobnie wiedziała, że córka przyprowadzi uchodźców z Warszawy. Jeśli nawet nie miała tej świadomości, powitała przybyszy z ciepłym uśmiechem i przygotowała dla nich odpowiednią gościnę. Potwierdzają to wspomnienia uratowanej Warszawianki, głównej bohaterki całego zajścia, która zapisała m. in. takie zdanie: „Tutaj nieodżałowana Pani Elżbieta Wójcikowa zasłała mi gościnne łóżko białą pachnącą pościelą do spokojnego snu”. Nie było to wcale łatwe przedsięwzięcie. Rodzina wdowy liczyła sobie pięć osób i zajmowała duży pokój (z niewielkim pomieszczeniem za przepierzeniem) oraz kuchnię i sień. W czasie okupacji, z matką mieszkał najstarszy syn – Stanisław, dwie dorosłe już córki – Irena i Wilhelmina oraz niesforny, najmłodszy Tadzio.

Warszawianki pozostały w Bochni zaledwie kilka dni, dalej ruszyły na półroczną „zsyłkę” do Leszczyny, aby później zakotwiczyć w Krakowie. Przez cały czas znajdowały pomoc i wsparcie w osobach Wójcików. Po zakończeniu wojny niejednokrotnie spotykały się z nimi czy to w Bochni, czy Krakowie utrzymując, zawiązane przypadkowo, więzi. Były kartki pocztowe, listy, książeczki z dedykacjami i wizyty. Kilkudniowa pauza – w pełnym okrutnych, wojennych tragedii życiorysie dwóch Warszawianek oraz niełatwej egzystencji bocheńskiej rodziny – stała się ważnym wydarzeniem celebrowanym przez wszystkich jej uczestników.

Janina. Wieczne pióro

Warszawsko-bocheński epizod wyjęty został z życiorysów pisarki i literatki Hanny Mortkowicz-Olczakowej i jej matki Janiny Mortkowiczowej. To one usiadły bezradnie na walizkach, na małej bocheńskiej stacyjce.

Obydwie panie należały do zacnej, warszawskiej rodziny wydawcy i właściciela księgarni Jakuba (Jakóba) Mortkowicza. On to wykształcony w Monachium, Brukseli i Antwerpii, po powrocie do kraju stał się aktywnym działaczem politycznym (członek PPS). Z powodu podejmowanych czynności konspiracyjnych skazany został na więzienie w Cytadeli Warszawskiej oraz zsyłkę na Kaukaz. Do Polski powrócił w 1903 roku i nieomal od razu związał się z rynkiem księgarskim i wydawniczym. Był współwłaścicielem wydawnictwa Centnerszwer i Ska, a potem spółki akcyjnej – Mortkowicz Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie. Był również udziałowcem i organizatorem, znanej do dzisiaj, ogólnopolskiej sieci kolportażu prasy „Ruch”. „Moja prababka wyszła za mąż za Jakuba Mortkowicza. Razem stworzyli znane w przedwojennej Polsce wydawnictwo, w którym ukazywały się dzieła największych polskich pisarzy” – wspominała prawnuczka Jakuba i Janiny Mortkowiczów, Katarzyna Zimmerer. Firma wydała ponad siedemset pozycji książkowych. Były wśród nich: zbiór dzieł Friedricha Nietzschego, Leopolda Staffa, Hansa Christiana Andersena, czy Stefana Żeromskiego oraz twórczość Marii Dąbrowskiej, Janusza Korczaka, Cypriana Kamila Norwida, Andrzeja Struga, Jana Lechonia, Bolesława Leśmiana, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i wielu, wielu innych. Niestety niepowodzenia finansowe jak również depresyjna natura, doprowadziły Jakuba Mortkowicza do samobójczej śmierci.

5. Irena z siostrą Lusią

Lusia i Irka Wójcikówny, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Po tragicznym odejściu męża, wdowa podjęła wyzwanie i całkowicie przejęła prowadzenie interesu. Działania te przerwała II wojna światowa. W czasie okupacji Janina Mortkowiczowa przekazała spółkę Annie Żeromskiej (żonie, nieżyjącego już wówczas, pisarza). Nastąpiła zmiana nazwy spółki na – A. Żeromska, Księgarnia i Antykwariat, Spółka Akcyjna. „Działalność wydawnictwa zakończyła się definitywnie w 1950 roku w Krakowie, będącym <drugą stolicą> tej oficyny” – wspominali kuratorzy wystawy zorganizowanej w 2003 roku, w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie.

Kraków był „drugą stolicą” wydawnictwa Mortkowiczów oraz drugą stolicą, w której zamieszkały i kontynuowały swoje pisarskie działania kobiety tej rodziny. Janina Mortkowiczowa, z domu Horwitz – Warszawianka z urodzenia, tłumaczka i pisarka z pasji i zawodu, uprawiała głównie literaturę dla dzieci. Według danych „Słownika pracowników książki polskiej” przetłumaczyła na polski m. in.: „Cudowna podróż Selmy Lagerlöf” oraz „Doktora Dolittle”. Największym jednak dokonaniem w karierze tłumaczki, było przystosowanie dla polskiego czytelnika, w 1919 roku, popularnej książki „Chłopcy z ulicy Pawła”, znanej w kraju pod tytułem – wymyślonym właśnie przez Janinę Mortkowiczową – „Chłopcy z Placu Broni”. W czasie wojny posługiwała się nazwiskiem Olczakowa z domu Wegner.

Hanna. Zielony notatnik

6. okładka książki

Okładka książki autorstwa Hanny Mortkowicz-Olczakowej, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Jej córka Hanna Mortkowicz-Olczakowa urodzona 15 października 1905 w Warszawie, od małego związała swe życie z książką. Ukończyła studia polonistyczne oraz historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, a także malarstwo na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Posiadała tytuł naukowy doktora, który uzyskała w 1926 roku. Zajmowała się pisarstwem. Tworzyła wiersze, powieści i opowiadania głównie dla dzieci, jak również kilka scenariuszy filmowych. Okupacja przerwała jej działalność twórczą i wydawniczą. Wraz z matką okupację przeżyła w Warszawie, skąd wygnana została po Powstaniu Warszawskim, przez Bochnię i Leszczynę do Krakowa. Po zakończeniu wojny, w królewskim grodzie Kraka reaktywowała zarówno rodzinną firmę, jak i swoje pisarskie umiejętności. Niemniej, zanim to nastało, jej życie naznaczyło przekleństwo okupacji.

„Kiedy niemiecki okupant ogłosił, że Żydzi mają przeprowadzić się do getta moja rodzina zdecydowała się zostać po aryjskiej stronie – pisała, poszukując swoich korzeni Katarzyna Zimmerer, wnuczka Hanny – Moja mała mama [Joanna] ukrywała się najpierw razem z babcią i prababcią, a kiedy stało się to zbyt niebezpieczne oddano ją do klasztoru. Nie widziała swojej matki [Hanny] dwa lata. Kiedy się wreszcie zobaczyły w czerwcu 1945 roku nie poznała jej. Po wojnie zamieszkała razem z nią [Hanną] i swoją babcią [Janiną] w Krakowie. Poszła do szkoły. Jak inne dzieci rozpoczęła normalne życie”. Tym dzieckiem była to Joanna Olczak-Ronikier, córka Hanny, również pisarka i scenarzystka. Jej działalność literacka była wielokrotnie nagradzana (za wspomnienia „W ogrodzie pamięci” z 2001 roku otrzymała Nagrodę Literacką Nike oraz wyróżnienie Krakowska Książka Miesiąca, zaś za pozycję „Korczak. Próba biografii” uhonorowaną autorkę Nagrodą Klio oraz nominacją do Nagrody Literackiej Nike, ponadto w 2013 roku otrzymała laur im. Jerzego Turowicza). Joanna Olczak-Ronikier była współzałożycielką i animarotką słynnej Piwnicy pod Baranami. „Mama [Joanna] uciekała od wspomnień – pisała Katarzyna Zimmerer – Broniła się przed nimi śmiechem zakładając z równie przez wojnę pokiereszowanymi jak ona przyjaciółmi kabaret „Piwnica pod Baranami”. Ten śmiech miał unieważnić dramatyczną przeszłość i nadać sens życiu”.

Joanna Olczak nie brała udziału w bocheńskim epizodzie wojennej tułaczki matki i babki. „O mojej córce w ogóle nie wiedziałam, czy żyje i co się z nią dzieje. Front wojenny oddzielił mnie na dziesięć długich i trudnych do przeżycia miesięcy od dziecka, które na sierpień czterdziestego czwartego roku, wyjechało akurat na prawą stronę Wisły, pod Wołomin” – pisała Hanna Mortkowicz-Olczakowa. Ona wraz z matką, która jak wspomina pisarka „bardzo źle grała rolę mojej teściowej”, wygnane ze zniszczonej Powstaniem Warszawy, zakończyły wędrówkę w Krakowie. Z miastem tym związały losy rodziny do dnia dzisiejszego. Stacjami pośrednimi na drodze do celu, były dwie galicyjskie miejscowości, tak różnie wspominane przez bohaterki – Bochnia i Leszczyna.

Bochnia. Portret miasta

skanowanie0002

Bochnia, widok ul. Białej w stronę dzwonnicy, Zb. prywatne, foto ARS 2015.

Hanna Mortkowicz-Olczakowa obraz pierwszych chwil w mieście pozostawiła w wyrazach opublikowanych w artykule „Moje dwudziestolecie. Bilans zysków i strat”, który to tekst pojawiał się na łamach niezidentyfikowanej gazety przechowywanej w zbiorach rodziny Wójcików. „Tu zobaczyłam domy – pisała autorka – których ściany i dachy nie spalone i nie rozbite przez pociski były po dawnemu ochroną dla życia. Gładki chodnik, z równo ułożonych płyt dokądś prowadził. Orzechy włoskie w koszach przekupek można było nabyć za pieniądze, a ciepłą zupą uraczono nas za darmo, zaraz na dworcu. Za szybami małych sklepików leżała wystawiona na sprzedaż: kiełbasa, ser i chleb, sterczały butelki z piwem i kwasem, widać było obuwie i barwne kretony. Tutaj w Bochni po raz pierwszy po przeszło dwóch miesiącach powstania poczułam w ustach rajski smak gotowanego ziemniaka, a na ciele błogosławiony dotyk ciepłej czystej wody”. Ten gładki chodnik, wystawy sklepowe, ziemniak i woda były elementami zwykłego życia, które przez doświadczenia Powstania Warszawskiego stały się zupełnie nierealne, niczym boskie odłamki nieba. Hanna Mortkowicz nazywała Bochnię „odzyskanym rajem istnienia”, „portem dla rozbitka”, „miejscem ułaskawienia dla skazańca”.

W tekście „Czułe wspomnienia”, który ukazał się w gazecie „Odrodzenie” porównała małą, prowincjonalną, galicyjską mieścinę do wielkiej, amerykańskiej metropolii – do Nowego Jorku. Pisała: „Dziesięć lat temu stałam na Fifth Avenue w New Yorku i patrzyłam z dołu, z poziomu rojnej, gwarnej i strojnej ulicy na zamglone w górze wierzchołki skyscraperów. – Dawny przyjaciel z Polski, który przez kilka lat pobytu na emigracji zdążył już nabyć trochę amerykańskiego patriotyzmu, pokazywał mi z dumą cuda New Yorku. – Widzisz, to Empier Building… To Rockefeller Center – wymieniał nazwy gmachów i sumę pięter, patrząc jakie to na mnie robi wrażenie, A kiedy mój podziw i zachwyt wydały mu się nie dostateczne, wskazywał palcem na lustrzane szyby wystaw, za którymi lśniły i mieniły się całą gamą, barw zabytkowe przedmioty i stroje. – Patrz, to Bonwit-Teller, najelegantszy magazyn – mówił. Wtedy odpowiedziałam: – Co to wszystko znaczy wobec Bochni? Wcale mi to nie imponuje wobec Bochni. To było największe wrażenie, jakie wywarło na mnie kiedykolwiek, jakiekolwiek miasto”.

3. Hanna Mortkowicz, wycinek z gazety

Hanna Mortkowicz-Olczakowa, wycinek z nn gazety, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Swoje sądy i odczucia pisarka tłumaczyła bardzo prosto. Twierdziła mianowicie, że to Bochnia stała się dla niej „miernikiem jakichś najistotniejszych, najbardziej ludzkich wartości”. Jej mieszkańcy wbrew strachowi i trudnym warunkom przygarnęli ją i matkę, oddając kawałek chleba, talerz, swoje łóżko i tą pachnącą, białą pościel. Wśród lawiny okrucieństw znalazła zwykły kamień życzliwości.

W życiorysie Hanny Mortkowicz-Olczakowej Bochnia – jak sama pisze – trzykrotnie odegrała ważną rolę. „Była mostem”, przez który pisarka przedostawała się na „wyższy poziom życia”. Po raz pierwszy po doświadczeniach śmierci Powstania, przyjęła ją z powrotem do „normalnego” bytu. Po raz drugi powitała w powojennym powrocie z Leszczyny. Z wiejskich, trudnych, jałowych i znienawidzonych warunków wprowadziła autorkę ukazując jej utęsknione brukowane chodniki, wystawy sklepowe z najświeższymi numerami gazet i książkami Jastruna, Ważyka. Stała się symbolem dawno straconej, a tak upragnionej cywilizacji. Trzeci raz była zaś trampoliną, która umożliwiła rozpoczęcie podróży w dobrą, choć nieznaną przyszłość. „W Bochni jeden z moich okupacyjnych opiekunów – dowiedziawszy się dopiero teraz kim jestem – wręczył mi bez słowa brulion w zielonej kartonowej okładce i drewnianą obsadkę ze stalówką jako symbol i narzędzie dalszej pracy” – pisała. W innym tekście dopełniła jeszcze te słowa wspominając – „bezcenny dar: pióro i zeszyt, symbol i zadatek mojej przyszłej pracy. – I jeszcze ram przyjechałam tu po paru miesiącach. Był czerwiec 1945 roku. Jechałam długo z Krakowa na odkrytych lorach kolejowych po jakieś notatki, jakiś plecak, jakąś mąkę, jakąś poduszkę pod głowę, które znowu ofiarowali mi dobrzy ludzie tutejsi. I chodząc po pochyłych uliczkach tej miłej mieściny płakałam gorzko, bo zdawało mi się, że nie mam już sił na nowy ambitny skok w przyszłość. A jednak skoczyłam”. W pamięci siostrzenic Stanisława Wójcika zachowało się wspomnienie, że zielony brulion został ofiarowany pisarce właśnie przez wujka.

Ciąg dalszy nastąpi…

4. list od p. Mortkowicz-Olczakowej

List Hanny Mortkowicz-Olczakowej, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Tekst ukazał się na łamach „Wiadomości Bocheńskich” – gazety Stowarzyszenia Bochniaków, [w:] Anna Rudek-Śmiechowska, Kilka słów na papierze (cz.1). Historia bocheńskiej znajomości Wójcików i pań Mortkowicz, „Wiadomości Bocheńskie”, R XXVII, nr 4 (107), zima 2015, s. 16-19.

Gazeta dostępna w wersji drukowanej i elektronicznej – www.bochniacy.pl

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s