Archive for the ‘Artykuły prasowe’ Category

1b. Irena Wójcik

Irena, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Zaświadczenie napisane na maszynie schowane jest w białej teczce w jednym z bocheńskich mieszkań. W treści kilka lakonicznych zdań o: klęsce, przewiezieniu, gościnie, przymusowym pobycie, pochodzeniu, opiece. Pozostawione na końcu podpisy ujawniają tożsamość dwóch kobiet. Dalsze kroki prowadzą do odkrycia prostej historii, w której spazmatyczne drgawki niezrównoważonych dziejów, mieszały ludzkie losy z powietrzem małego miasteczka.

Irena. Anioł na stacji kolejowej

Ludzie wycieńczeni doświadczeniem 63 dniowej walki miejskiej, podczas Powstania Warszawskiego, kierowani byli przez Niemców do obozów przejściowych. Jeden z nich utworzono w halach, na terenie dawnych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Pruszkowie. Tam odbywały się selekcje, do czasu których wygnańcy z Warszawy, przebywali w ekstremalnie trudnych warunkach. Dalej trafiali do pociągów towarowych. Bydlęce wagony  zabierały ich na przymusowe roboty do Niemiec, do obozów koncentracyjnych lub w różne zakątki Generalnego Gubernatorstwa. Trzecia z dróg przeznaczona była głównie dla starców, kobiet i małych dzieci.

Jeden z takich transportów trafił z Dulagu w Pruszkowie, na peron w mieście Bochnia. Był październik 1944 roku. Na niewielkiej stacyjce czekali mieszkańcy miasta, zaalarmowani wcześniej przez Radę Miejską Opiekuńczą, w którą zaangażowani byli m. in.: lekarz Władysław Krupa i  proboszcz Władysław Kuc. Jeszcze na dworcu, przyjezdni otrzymali ciepłą zupę. Pomimo trwającej już piąty rok wojny i rosnącego zagrożenia, Bochniacy przybywali z pomocą rodakom i bez zastanowienia zabierali Warszawiaków do siebie. Wysiedleńcy znaleźli schronienie w bocheńskich domach i okolicznych dworach. Wśród uratowanych, jak ustaliła Grażyna Potępa z Muzeum w Bochni, była aktorka Danuta Szaflarska z rodziną i były prezydent Polski Stanisław Wojciechowski z żoną.

Tłum uchodźców wykruszał się powoli, przemieszczając małymi grupkami w różne zakątki miasta. Na dworzec kolejowy Irena Wójcik przyszła prawdopodobnie dosyć późno. Na miejscu znalazła zaledwie kilka osób. Jej uwagę zwróciły – siedzące na walizkach, zupełnie na uboczu – dwie kobiety. Podeszła do nich i z wrodzoną delikatnością zapytała: „Czy Panie mają już nocleg?”. Młodsza przecząco pokiwała głową, a Irena bez chwili zastanowienia zaprosiła do siebie. Od tamtej chwili stała się „ciemnowłosym aniołem”, który obdarował dwie przypadkowe kobiety najwspanialszym prezentem – ułamkiem spokojnego życia.

Elżbieta. Sen w białej pościeli

2a. Rodzina Wójcików

Rodzina Wójcików, Zb. prywatne, foto ARS 2015.

Trzy kobiety przemierzyły fragment miasta. Ze stacji kolejowej, do domu Wójcików droga prowadziła przez wzgórze obecnej ulicy Konstytucji, przecinała zasnute jesiennym listowiem Planty, a dalej pokonywała niewielkie wzniesienie ulicy Białej. Tam, w połowie traktu stał (i stoi do dnia dzisiejszego) niski domek należący do rodziny Pletych.

Tego dnia Elżbieta zd. Gajdecka, wdowa po wachmistrzu Józefie Wójciku, krzątała się po kuchni. Prawdopodobnie wiedziała, że córka przyprowadzi uchodźców z Warszawy. Jeśli nawet nie miała tej świadomości, powitała przybyszy z ciepłym uśmiechem i przygotowała dla nich odpowiednią gościnę. Potwierdzają to wspomnienia uratowanej Warszawianki, głównej bohaterki całego zajścia, która zapisała m. in. takie zdanie: „Tutaj nieodżałowana Pani Elżbieta Wójcikowa zasłała mi gościnne łóżko białą pachnącą pościelą do spokojnego snu”. Nie było to wcale łatwe przedsięwzięcie. Rodzina wdowy liczyła sobie pięć osób i zajmowała duży pokój (z niewielkim pomieszczeniem za przepierzeniem) oraz kuchnię i sień. W czasie okupacji, z matką mieszkał najstarszy syn – Stanisław, dwie dorosłe już córki – Irena i Wilhelmina oraz niesforny, najmłodszy Tadzio.

Warszawianki pozostały w Bochni zaledwie kilka dni, dalej ruszyły na półroczną „zsyłkę” do Leszczyny, aby później zakotwiczyć w Krakowie. Przez cały czas znajdowały pomoc i wsparcie w osobach Wójcików. Po zakończeniu wojny niejednokrotnie spotykały się z nimi czy to w Bochni, czy Krakowie utrzymując, zawiązane przypadkowo, więzi. Były kartki pocztowe, listy, książeczki z dedykacjami i wizyty. Kilkudniowa pauza – w pełnym okrutnych, wojennych tragedii życiorysie dwóch Warszawianek oraz niełatwej egzystencji bocheńskiej rodziny – stała się ważnym wydarzeniem celebrowanym przez wszystkich jej uczestników.

Janina. Wieczne pióro

Warszawsko-bocheński epizod wyjęty został z życiorysów pisarki i literatki Hanny Mortkowicz-Olczakowej i jej matki Janiny Mortkowiczowej. To one usiadły bezradnie na walizkach, na małej bocheńskiej stacyjce.

Obydwie panie należały do zacnej, warszawskiej rodziny wydawcy i właściciela księgarni Jakuba (Jakóba) Mortkowicza. On to wykształcony w Monachium, Brukseli i Antwerpii, po powrocie do kraju stał się aktywnym działaczem politycznym (członek PPS). Z powodu podejmowanych czynności konspiracyjnych skazany został na więzienie w Cytadeli Warszawskiej oraz zsyłkę na Kaukaz. Do Polski powrócił w 1903 roku i nieomal od razu związał się z rynkiem księgarskim i wydawniczym. Był współwłaścicielem wydawnictwa Centnerszwer i Ska, a potem spółki akcyjnej – Mortkowicz Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie. Był również udziałowcem i organizatorem, znanej do dzisiaj, ogólnopolskiej sieci kolportażu prasy „Ruch”. „Moja prababka wyszła za mąż za Jakuba Mortkowicza. Razem stworzyli znane w przedwojennej Polsce wydawnictwo, w którym ukazywały się dzieła największych polskich pisarzy” – wspominała prawnuczka Jakuba i Janiny Mortkowiczów, Katarzyna Zimmerer. Firma wydała ponad siedemset pozycji książkowych. Były wśród nich: zbiór dzieł Friedricha Nietzschego, Leopolda Staffa, Hansa Christiana Andersena, czy Stefana Żeromskiego oraz twórczość Marii Dąbrowskiej, Janusza Korczaka, Cypriana Kamila Norwida, Andrzeja Struga, Jana Lechonia, Bolesława Leśmiana, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i wielu, wielu innych. Niestety niepowodzenia finansowe jak również depresyjna natura, doprowadziły Jakuba Mortkowicza do samobójczej śmierci.

5. Irena z siostrą Lusią

Lusia i Irka Wójcikówny, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Po tragicznym odejściu męża, wdowa podjęła wyzwanie i całkowicie przejęła prowadzenie interesu. Działania te przerwała II wojna światowa. W czasie okupacji Janina Mortkowiczowa przekazała spółkę Annie Żeromskiej (żonie, nieżyjącego już wówczas, pisarza). Nastąpiła zmiana nazwy spółki na – A. Żeromska, Księgarnia i Antykwariat, Spółka Akcyjna. „Działalność wydawnictwa zakończyła się definitywnie w 1950 roku w Krakowie, będącym <drugą stolicą> tej oficyny” – wspominali kuratorzy wystawy zorganizowanej w 2003 roku, w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie.

Kraków był „drugą stolicą” wydawnictwa Mortkowiczów oraz drugą stolicą, w której zamieszkały i kontynuowały swoje pisarskie działania kobiety tej rodziny. Janina Mortkowiczowa, z domu Horwitz – Warszawianka z urodzenia, tłumaczka i pisarka z pasji i zawodu, uprawiała głównie literaturę dla dzieci. Według danych „Słownika pracowników książki polskiej” przetłumaczyła na polski m. in.: „Cudowna podróż Selmy Lagerlöf” oraz „Doktora Dolittle”. Największym jednak dokonaniem w karierze tłumaczki, było przystosowanie dla polskiego czytelnika, w 1919 roku, popularnej książki „Chłopcy z ulicy Pawła”, znanej w kraju pod tytułem – wymyślonym właśnie przez Janinę Mortkowiczową – „Chłopcy z Placu Broni”. W czasie wojny posługiwała się nazwiskiem Olczakowa z domu Wegner.

Hanna. Zielony notatnik

6. okładka książki

Okładka książki autorstwa Hanny Mortkowicz-Olczakowej, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Jej córka Hanna Mortkowicz-Olczakowa urodzona 15 października 1905 w Warszawie, od małego związała swe życie z książką. Ukończyła studia polonistyczne oraz historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, a także malarstwo na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Posiadała tytuł naukowy doktora, który uzyskała w 1926 roku. Zajmowała się pisarstwem. Tworzyła wiersze, powieści i opowiadania głównie dla dzieci, jak również kilka scenariuszy filmowych. Okupacja przerwała jej działalność twórczą i wydawniczą. Wraz z matką okupację przeżyła w Warszawie, skąd wygnana została po Powstaniu Warszawskim, przez Bochnię i Leszczynę do Krakowa. Po zakończeniu wojny, w królewskim grodzie Kraka reaktywowała zarówno rodzinną firmę, jak i swoje pisarskie umiejętności. Niemniej, zanim to nastało, jej życie naznaczyło przekleństwo okupacji.

„Kiedy niemiecki okupant ogłosił, że Żydzi mają przeprowadzić się do getta moja rodzina zdecydowała się zostać po aryjskiej stronie – pisała, poszukując swoich korzeni Katarzyna Zimmerer, wnuczka Hanny – Moja mała mama [Joanna] ukrywała się najpierw razem z babcią i prababcią, a kiedy stało się to zbyt niebezpieczne oddano ją do klasztoru. Nie widziała swojej matki [Hanny] dwa lata. Kiedy się wreszcie zobaczyły w czerwcu 1945 roku nie poznała jej. Po wojnie zamieszkała razem z nią [Hanną] i swoją babcią [Janiną] w Krakowie. Poszła do szkoły. Jak inne dzieci rozpoczęła normalne życie”. Tym dzieckiem była to Joanna Olczak-Ronikier, córka Hanny, również pisarka i scenarzystka. Jej działalność literacka była wielokrotnie nagradzana (za wspomnienia „W ogrodzie pamięci” z 2001 roku otrzymała Nagrodę Literacką Nike oraz wyróżnienie Krakowska Książka Miesiąca, zaś za pozycję „Korczak. Próba biografii” uhonorowaną autorkę Nagrodą Klio oraz nominacją do Nagrody Literackiej Nike, ponadto w 2013 roku otrzymała laur im. Jerzego Turowicza). Joanna Olczak-Ronikier była współzałożycielką i animarotką słynnej Piwnicy pod Baranami. „Mama [Joanna] uciekała od wspomnień – pisała Katarzyna Zimmerer – Broniła się przed nimi śmiechem zakładając z równie przez wojnę pokiereszowanymi jak ona przyjaciółmi kabaret „Piwnica pod Baranami”. Ten śmiech miał unieważnić dramatyczną przeszłość i nadać sens życiu”.

Joanna Olczak nie brała udziału w bocheńskim epizodzie wojennej tułaczki matki i babki. „O mojej córce w ogóle nie wiedziałam, czy żyje i co się z nią dzieje. Front wojenny oddzielił mnie na dziesięć długich i trudnych do przeżycia miesięcy od dziecka, które na sierpień czterdziestego czwartego roku, wyjechało akurat na prawą stronę Wisły, pod Wołomin” – pisała Hanna Mortkowicz-Olczakowa. Ona wraz z matką, która jak wspomina pisarka „bardzo źle grała rolę mojej teściowej”, wygnane ze zniszczonej Powstaniem Warszawy, zakończyły wędrówkę w Krakowie. Z miastem tym związały losy rodziny do dnia dzisiejszego. Stacjami pośrednimi na drodze do celu, były dwie galicyjskie miejscowości, tak różnie wspominane przez bohaterki – Bochnia i Leszczyna.

Bochnia. Portret miasta

skanowanie0002

Bochnia, widok ul. Białej w stronę dzwonnicy, Zb. prywatne, foto ARS 2015.

Hanna Mortkowicz-Olczakowa obraz pierwszych chwil w mieście pozostawiła w wyrazach opublikowanych w artykule „Moje dwudziestolecie. Bilans zysków i strat”, który to tekst pojawiał się na łamach niezidentyfikowanej gazety przechowywanej w zbiorach rodziny Wójcików. „Tu zobaczyłam domy – pisała autorka – których ściany i dachy nie spalone i nie rozbite przez pociski były po dawnemu ochroną dla życia. Gładki chodnik, z równo ułożonych płyt dokądś prowadził. Orzechy włoskie w koszach przekupek można było nabyć za pieniądze, a ciepłą zupą uraczono nas za darmo, zaraz na dworcu. Za szybami małych sklepików leżała wystawiona na sprzedaż: kiełbasa, ser i chleb, sterczały butelki z piwem i kwasem, widać było obuwie i barwne kretony. Tutaj w Bochni po raz pierwszy po przeszło dwóch miesiącach powstania poczułam w ustach rajski smak gotowanego ziemniaka, a na ciele błogosławiony dotyk ciepłej czystej wody”. Ten gładki chodnik, wystawy sklepowe, ziemniak i woda były elementami zwykłego życia, które przez doświadczenia Powstania Warszawskiego stały się zupełnie nierealne, niczym boskie odłamki nieba. Hanna Mortkowicz nazywała Bochnię „odzyskanym rajem istnienia”, „portem dla rozbitka”, „miejscem ułaskawienia dla skazańca”.

W tekście „Czułe wspomnienia”, który ukazał się w gazecie „Odrodzenie” porównała małą, prowincjonalną, galicyjską mieścinę do wielkiej, amerykańskiej metropolii – do Nowego Jorku. Pisała: „Dziesięć lat temu stałam na Fifth Avenue w New Yorku i patrzyłam z dołu, z poziomu rojnej, gwarnej i strojnej ulicy na zamglone w górze wierzchołki skyscraperów. – Dawny przyjaciel z Polski, który przez kilka lat pobytu na emigracji zdążył już nabyć trochę amerykańskiego patriotyzmu, pokazywał mi z dumą cuda New Yorku. – Widzisz, to Empier Building… To Rockefeller Center – wymieniał nazwy gmachów i sumę pięter, patrząc jakie to na mnie robi wrażenie, A kiedy mój podziw i zachwyt wydały mu się nie dostateczne, wskazywał palcem na lustrzane szyby wystaw, za którymi lśniły i mieniły się całą gamą, barw zabytkowe przedmioty i stroje. – Patrz, to Bonwit-Teller, najelegantszy magazyn – mówił. Wtedy odpowiedziałam: – Co to wszystko znaczy wobec Bochni? Wcale mi to nie imponuje wobec Bochni. To było największe wrażenie, jakie wywarło na mnie kiedykolwiek, jakiekolwiek miasto”.

3. Hanna Mortkowicz, wycinek z gazety

Hanna Mortkowicz-Olczakowa, wycinek z nn gazety, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Swoje sądy i odczucia pisarka tłumaczyła bardzo prosto. Twierdziła mianowicie, że to Bochnia stała się dla niej „miernikiem jakichś najistotniejszych, najbardziej ludzkich wartości”. Jej mieszkańcy wbrew strachowi i trudnym warunkom przygarnęli ją i matkę, oddając kawałek chleba, talerz, swoje łóżko i tą pachnącą, białą pościel. Wśród lawiny okrucieństw znalazła zwykły kamień życzliwości.

W życiorysie Hanny Mortkowicz-Olczakowej Bochnia – jak sama pisze – trzykrotnie odegrała ważną rolę. „Była mostem”, przez który pisarka przedostawała się na „wyższy poziom życia”. Po raz pierwszy po doświadczeniach śmierci Powstania, przyjęła ją z powrotem do „normalnego” bytu. Po raz drugi powitała w powojennym powrocie z Leszczyny. Z wiejskich, trudnych, jałowych i znienawidzonych warunków wprowadziła autorkę ukazując jej utęsknione brukowane chodniki, wystawy sklepowe z najświeższymi numerami gazet i książkami Jastruna, Ważyka. Stała się symbolem dawno straconej, a tak upragnionej cywilizacji. Trzeci raz była zaś trampoliną, która umożliwiła rozpoczęcie podróży w dobrą, choć nieznaną przyszłość. „W Bochni jeden z moich okupacyjnych opiekunów – dowiedziawszy się dopiero teraz kim jestem – wręczył mi bez słowa brulion w zielonej kartonowej okładce i drewnianą obsadkę ze stalówką jako symbol i narzędzie dalszej pracy” – pisała. W innym tekście dopełniła jeszcze te słowa wspominając – „bezcenny dar: pióro i zeszyt, symbol i zadatek mojej przyszłej pracy. – I jeszcze ram przyjechałam tu po paru miesiącach. Był czerwiec 1945 roku. Jechałam długo z Krakowa na odkrytych lorach kolejowych po jakieś notatki, jakiś plecak, jakąś mąkę, jakąś poduszkę pod głowę, które znowu ofiarowali mi dobrzy ludzie tutejsi. I chodząc po pochyłych uliczkach tej miłej mieściny płakałam gorzko, bo zdawało mi się, że nie mam już sił na nowy ambitny skok w przyszłość. A jednak skoczyłam”. W pamięci siostrzenic Stanisława Wójcika zachowało się wspomnienie, że zielony brulion został ofiarowany pisarce właśnie przez wujka.

Ciąg dalszy nastąpi…

4. list od p. Mortkowicz-Olczakowej

List Hanny Mortkowicz-Olczakowej, Zb. prywatne, foto. ARS 2015.

Tekst ukazał się na łamach „Wiadomości Bocheńskich” – gazety Stowarzyszenia Bochniaków, [w:] Anna Rudek-Śmiechowska, Kilka słów na papierze (cz.1). Historia bocheńskiej znajomości Wójcików i pań Mortkowicz, „Wiadomości Bocheńskie”, R XXVII, nr 4 (107), zima 2015, s. 16-19.

Gazeta dostępna w wersji drukowanej i elektronicznej – www.bochniacy.pl

Reklamy

Paryż kryje w sobie wiele ciekawych miejsc. Zachwycają nie tylko poszczególne dzielnice, małe uliczki, piękna architektura czy wielkie, światowej klasy kolekcje. Proponuje również wachlarz, rozproszonych po mieście małych muzeów, w których skrywane są niezwykłości.

Czternaście szkiełek

IMG_2731W stolicy Francji znajduje się czternaście muzeów, które (zrzeszone, jako instytucje miejskie) zwane są „Paris Musées”, czyli muzeami miejskimi. Wstęp do nich jest darmowy. Czasem odpłatne bywają organizowane tam wystawy czasowe. Zakładane często w miejscach zamieszkania danej postaci, której są poświęcone lub budynkach związanych bezpośrednio z jakimś wydarzeniem, ewentualnie obejmują swym obszarem rejony archeologicznych odkryć.

Wśród nich są placówki, w których odnaleźć można ślady życia i twórczości konkretnych artystów i literatów (Maison de Balzac, Maison de Victor Hugo, Musée Zadkine, Musée Bourdelle). Różne przykłady sztuk plastycznych zobaczyć można zaś w muzeum sztuki azjatyckiej prezentowanej przez Musée Cernuschi, czy Petit Palais będącego siedzibą muzeum sztuk pięknych oraz Musée d’art moderne de la ville de Paris, gdzie prezentowana jest sztuka XX i XXI w.

IMG_0829W ofercie znajdują się także przekrojowo prezentowane obrazy życia z konkretnych okresów historycznych, czy samego miasta. Musée Cognacq-Jay w Hôtel Donon prezentuje zdobycze XVIII w., w tym : biżuterię, ceramikę i meble. Musée Carnavalet, czyli muzeum historii miasta Paryża (będące najstarszą miejską placówką) pokazuje dzieje miasta od czasów najdawniejszych po dzień dzisiejszy. Wśród innych są też: Musée de la vie romantique i Musée du général Leclerc de Hauteclocque et de la Libération de Paris – Musée Jean Moulin. Ponadto – Musée Galliera, pokazujące znaczące dla miasta zajęcie czyli modę. Są również placówki związane  z archeologią, czyli: Katakumby i mieszczące się przy Notre-Dame krypty prezentujące archeologiczne odkrycia zabudowy miasta od czasów antycznych.

Strzeliste kolumny

IMG_0823Międzynarodowa Wystawa Sztuki i Techniki odbywała się w Paryżu w 1937 r.. W budynku powstałym na jej potrzeby obecnie mieści się Musée d’art moderne de la ville de Paris. Jego historia zaczyna się jednak dopiero w latach pięćdziesiątych XX w., kiedy to sale Petit Palais przestały starczać na, coraz liczniejszą, kolekcję nowej sztuki. Wówczas to przekonano władze miasta do stworzenia specjalnego miejsca w Palais de Tokyo. I tak, w 1961 r. otwarto mieszczące się tam do dnia dzisiejszego Muzeum.

Podstawą kolekcji stały się zbiory pozyskane w Petit Palais, a także od kolekcjonerów, takich jak: Emanuele Sarmiento, Mathilde Amos oraz Ambroise Vollard. Pokazywano m. in.: prace Matissea, Bonnarda, Deraina, Légera; meble Chareaua, Arbusa, Ruhlmanna, czy murale Villona. Z biegiem lat kolekcja ulega reorganizacji. Narodowe muzeum sztuki nowoczesnej powstaje w Centrum Georges Pompidou.

IMG_0834Obecnie w Palais de Tokyo oglądać zaś można prace twórców skupionych wokół grupy „Fluxus”, w tym Jean Dupuy. Ponadto: Wełna, Richter, Riley, Morellet. W tzw. „sekcji historycznej” odkrywać można: Fowizm, Kubizmu, Surrealizm, figuracje, Nowy Realizm. Jest tam wiele innych ruchów i twórców, którzy wywarli znaczący wpływ na obraz światowej sztuki ubiegłego wieku i czasów współczesnych.

Wysokie ogrodzenie

Aby znaleźć ten uroczy, biały budynek, trzeba zboczyć z głównej ulicy i przekroczyć bramę. Musée Zadkine mieści się w prywatnym domu i studio rzeźbiarza, niedaleko Ogrodu Luksemburskiego.

IMG_2726Ossip Zadkine pochodził z Witebska (obecnie na Białorusi). Był znanym rzeźbiarzem, a także grafikiem, malarzem i rysownikiem. Przeniósł się do Paryża, z Londynu. Był 1910 r.. Wkrótce stał się jednym z bardziej znaczących Kubistów. Potem, zafascynowany sztuką prymitywną, zaczął budować własny styl. Jego rzeźby to figury zdeformowane, poprzekładane. Łączą w sobie wszystkie fascynacje artysty. Zwłaszcza kubistyczne rozczłonkowanie i prymitywną formę. Przemyślane, naszpikowane zmysłem obserwacji. Choć chłodne, dzięki prześwitom i podziałom stają się lekkie. „Zamiast bezskutecznie poszukiwać nowych stylów i rozwiązań, rzeźbiarz powinien raczej zmieniać i przeplatać swoje cele. Potem nowość przychodzi do niego z własnej woli” – mawiał artysta. Główne tematy, jakie zajmowały Zadkina jako artystę to: postaci ludzkie, portrety, a także sceny biblijne i mitologiczne oraz tematyka wojenna.

Muzeum jego imienia ufundowane zostało przez żonę rzeźbiarza Valentine Prax. Poza budynkiem przekazała ona na rzecz miasta również prywatną kolekcję, która stała się podstawą zbiorów. Obecnie znajduje się tam około 300 rzeźb, a także prace na papierze (rysunki, fotografie).

Cień arkad

IMG_0827Dzieła innego rzeźbiarza mieści zaś Musée Bourdelle. Placówka znajduje się w prawdziwym atelier należącym niegdyś do Antoine Bourdelle – żyjącego w latach 1861–1929 rzeźbiarz. Wśród około 500 dzieł (głównie rzeźb, obrazów i szkiców) zobaczyć tam można również zgromadzoną przez artystę kolekcję prac z takimi nazwiskami, jak: Carrière, Delacroix, Ingres, czy Rodin. Muzeum, choć może nie porwać współczesnego widza dziełami, zaciekawi z pewnością obrazem życia i warunków w jakich pracował artysta przełomu XIX i XX w.. Ponadto odnaleźć tam można kilka polskich śladów.

Spod ręki Bourdella wyszły: pomnik Adama Mickiewicza i „Epopeja walk Polskich”. Jak wspomina Małgorzata Dąbrowska, w przypadku tego pierwszego dzieła artysta zrzekł się nawet wynagrodzenia. Powodem było m. in. to, że rzeźbiarz zafascynowany był historią i kultura kraju, popierał i wspierał niepodległościowe dążenia Polski. Wśród jego przyjaciół, znajomych znajdowało się wielu Polaków. W 1909 i 1910 r. jego prace prezentowano w Warszawie i Krakowie, gdzie cieszył się wielką popularnością. Wśród uczniów w pracowni artysty wyszukać można wielkie grono pielgrzymujących z Polski, w tym: Władysław Skoczylas, Piotr Hermanowicz czy Jadwiga Bohdanowicz.

IMG_0834Jak głosi informacja na stronie placówki, w muzeum obecnie trwają prace i zostanie ono udostępnione zwiedzającym dopiero na początku 2015 r. Dzieła artysty zobaczyć jednak można zwiedzając Musée d’Orsay, czy poszukując rzeźb w przestrzeni publicznej.

 

Wszystko co robiła było pełne pasji. Małżeństwa, romanse, nauka śpiewu, występy sceniczne, fascynacja religiami Wschodu, aż w końcu stworzenie wspaniałego ogrodu. Kobieta o niezwykłej urodzie, z jakże mocnym charakterem. Choć jej osoba budziła zawiść i oburzenie, była jedną z piękniejszych gwiazd Ameryki i Europy.

Życie przy mężu

Fotografia młodej Madame Ganny Walskiej. Foto. Ganna Walska Lotusland.

Fotografia młodej Madame Ganny Walskiej. Foto. Ganna Walska Lotusland.

Urodziła się w Brześciu Litewskim, jako Hanna Puacz. Był czerwiec, 1887 r. Jej matka zmarła, gdy dziewczynka miała 9 lat. Niedługo potem wysłana została do Warszawy. Ojciec oddał ją na wychowanie do wuja Józefa. Kończąc zaledwie dwadzieścia lat wyszła – po raz pierwszy – za mąż.

Szczęśliwcem był baron Arkadij d’Einghorn, rosyjski oficer i wykładowca. Młoda żona stała się sensacją i wszędzie, gdzie się pojawiała lśniła niczym klejnot. Ten blask, towarzyszył jej przez całe dalsze życie. Wraz z mężem bywała na petersburskich salonach, także tych należących do cara. Jej pierwsze małżeństwo nie trwało jednak długo. Zdradzona przez męża, odeszła. Niemniej nie więdła powoli w roli byłej żony. Czar, który roztaczała i tym razem przyszedł jej z pomocą. Zawsze miała wielu adoratorów. Miewała kochanków. Lista jej mężów rozrastała się. „Wszyscy panowie… szaleli za nią” – pisał Jarosław Iwaszkiewicz.

Ganna Walska w swoim ogrodzie. Foto. Ganna Walska Lotusland.

Ganna Walska w swoim ogrodzie. Foto. Ganna Walska Lotusland.

Kolejne małżeństwo przytrafiło się Walskiej po przyjeździe do Ameryki. Zaledwie po dziesięciu dniach znajomości wyszła za lekarza Josepha Fraenkla. „Świetnie sytuowany, starszy o dwadzieścia lat… okazał się oddanym i szczodrym opiekunem…” – pisała Mariola Szydłowska. Doktor zmarł kilka lat po ślubie, zostawiając żonie spory majątek. Żałoba po nim nie trwała długo.

Trzy miesiące później, podczas podróży do Paryża, wdowa zapoznała Alexandra S. Cochrana. Ten zamożny producent dywanów, niemal od razu się oświadczył. Ona jednak nie przystała szybko na jego propozycję. Ślub odbył się dopiero kilka miesięcy po spotkaniu. Choć małżeństwo nie było udane, okazało się dla Walskiej dobrym posunięciem finansowym. Dwa lata po ślubie, mąż wystąpił o rozwód zostawiając żonie kamienicę w Paryżu i sporą sumę pieniędzy.

Tuż po rozstaniu z trzecim mężem, Walska zaślubiła bogatego rozwodnika Harolda McCormicka. Przy mężu rozwijała skrzydła śpiewaczki, niemniej i to małżeństwo zakończyło się rozwodem. Później wyszła za mąż za naukowca Harryego Grindell-Matthewsa, który zmarł na atak serca. Kolejna ceremonia odbył się w Las Vegas, a wybrankiem był buddysta i nauczyciel jogi Theos Bernard. Z tym ostatnim z mężów, młodszych od niej o kilka lat, rozwiodła się po czterech latach.

02

Ogród Japoński Ganny Walskiej. Foto. Ganna Walska Lotusland.

Deski teatrzyków
Walska nie zważając na trudności i brak możliwości głosowych wkroczyła na osobiście wyznaczoną drogę, którą miała być wspaniała kariera operowa. Chciała koniecznie stać się sławną śpiewaczką. Głównie dzięki własnej wybornej sytuacji finansowej i odpowiednim znajomościom miała wiele okazji, aby pojawiać się na scenie. Niemniej zazwyczaj kończyło się to błahymi uśmiechami lub gwizdami oraz niezwykle częstą, druzgocącą krytyką prasy i znawców tematu. Wojciech Kossak pisał o niej „to po prostu figurantka z Czarnego Kota na Marszałkowskiej”. Nie zważając na niepowodzenia próbowała i występowała z uporem przez wiele, wiele lat.

Jednym z najważniejszych jej sukcesów związanych ze sceną, był prowadzony osobiście paryski Theatre des Champs Elysees, którego była właścicielką. Składał się on z filharmonii i sceny dramatycznej, a Walska prowadziła go na światowym poziomie. Kierownikiem orkiestry symfonicznej był Walther Straram, a wśród nazwisk pojawiali się m. in.: Ignacy Jan Paderewski i Artur Rubinstein. Sama wystąpiła na jego deskach zaledwie kilka razy.

Bajeczny świat roślin

Ogród z kaktusami stanowiący fragment Lotusland. Foto. Ganna Walska Lotusland.

Ogród z kaktusami stanowiący fragment Lotusland. Foto. Ganna Walska Lotusland.

Ostatni mąż artystki, wspominany buddysta, namówił Walską do nabycia posiadłości na wzgórzach Santa Barbara. Tam znalazła ona ciepłą przystań, która obecnie jest niezwykle popularnym miejscem. Powód jest nie tyle prosty, co piękny. To ogród botaniczny, który artystka stworzyła z wielką pasją.

Nie jest to zwykłe miejsce. To baśniowa kraina. „Ogród Lotusland nie jest po prostu ekscentrycznym kaprysem, jest czymś więcej, tak jak „Alicja w Krainie Czarów” nie jest tylko książką dla dzieci. Dla Walskiej, rośliny były czymś więcej niż roślinami, były one kolorami do malowania, rodziną do pielęgnowania, znakami kierunkowymi” – pisano na łamach „Los Angeles Times”.

Kraina Walskiej obecnie uważana jest za najcudowniejszy i najciekawszy z ogrodów botanicznych na świecie. W kilku tematycznie podzielonych częściach, odnaleźć można niespotykane kolekcje cyklad, kaktusów czy palm. Wszystko stworzone według przemyślanych projektów i niezwykle fantazyjnych pomysłów. Pełne estetyki i zamiłowania do sztuki i świata. „Lotosland… to żyjące dzieło sztuki…” – oceniał krótko Peter H. Raven.

Ta romantyczna Kraina Lotosu jest niczym pomnik Ganny Walskiej. Jest portretem, tak niezwykłym i pełnym przepięknych ornamentów, jak całe życie jego twórczyni. Miejsce otwarty jest dla zwiedzających.

Jego emigracja zaczęła się od rodzinnej wizyty. W Stanach Zjednoczonych został, aby udowodnić sobie, że nie jest gorszy od Amerykanów. Obecnie jego nazwisko wpisuje się w poczet najważniejszych grafików na świecie. Artysta na swojej liście odnotowuje liczne, ważne zlecenia, głównie związane ze światem muzycznym.

Obiady w towarzystwie

_DSC9023

Foto. Galeria Kordegrda, Warszawa

Stanisław Zagórski należał do młodego środowiska warszawskich grafików lat 50 i 60. Był jednym z przedstawicieli tzw. „polskiej szkoły plakatu”.

Uczęszczał na warszawską Akademię Sztuk Pięknych, na Wydział Grafiki. Jak wspominał, w wywiadzie udzielonym do filmu „Przyjaciele na 33 obroty”, w czasach kiedy studiował, Akademia była ośrodkiem znajdującym się pod silną presją polityczną. Wydział grafiki natomiast, wydawał mu się wolny i pozbawiony zabarwień systemowych. „Mieliśmy wspaniałych profesorów: Henryka Tomaszewskiego, Wojciecha Fangora. Nasze późniejsze sukcesy wynikały z tego, że oni pomogli nam zrozumieć, co jest najistotniejsze w grafice i plakacie” – podsumowywał efekty edukacji Zagórski.

Czasy warszawskie, to dla artysty okres zabawy w towarzystwie śmietanki miejskiej bohemy, najsłynniejsze lokale (PIW, Kameralna, Bristol), oraz wielkie przyjaźnie i dająca kreatywne efekty współpraca m. in. z Rosławem Szaybo. „Byliśmy młodzi, mieliśmy energie i to, dla mnie, był najlepszy okres mojego życia” – podsumowywał grafik.

Na amerykańskim gruncie

Foto. Galeria Kordegarda

Foto. Galeria Kordegarda, Warszawa

W Stanach Zjednoczonych przebywała siostra bliźniaczka artysty. To na jej zaproszenie przyjechał on do Nowego Jorku z wizytą. Była wiosna. Krótkie odwiedziny trwają nadal. Ciągną się już ponad 50 lat.

Najpierw artysta przeciągnął pobyt w związku z organizowaną przez Polish Institut of Art & Science wystawą jego prac. Potem powziął decyzję o zawojowaniu Ameryki. „Narysowałem kilka prac i nikt ich nie chciał – wspominał – Tę porażkę potraktowałem ambicjonalnie i postanowiłem nie wracać do Polski, zanim nie udowodnię sobie, że nie jestem gorszy od Amerykanów”.

Zaczął od projektowania okładek książek dla Harpers & Row. Dalej, dzięki kontaktom z kraju, udało mu się umówić na spotkanie w sprawie pracy w wydawnictwie płytowym Atlantic Records. Tam otrzymał zlecenie i szansę, którą wykorzystał w pełni. Jako pierwsza, powstała okładka do albumu „The Sheriff” formacji The Modern Jazz Quartet. Za tym ruszyła cała lawina projektów. „Ogólnoświatowy rozgłos zyskał przede wszystkim jako twórca okładek płyt gramofonowych największych gwiazd współczesnej muzyki rozrywkowej i jazzu. Wystarczy wymienić takich gigantów…, jak: Miles Davis, Aretha Franklin, Otis Redding, Duke Ellington, Roland Kirk, Cher czy zespoły Cream, The Modern Jazz Quartet i Velvet Underground” – wyliczał Grzegorz Brzozowicz.

Zagórski pracował dla takich firm fonograficznych, jak: CBS Records, Columbia Records, Polydor. Wśród zleceniodawców były też znane na całym świecie czasopisma – „Time”, „Life”, „New York Magazine” – oraz wydawnictwa: McGraw Hill, Holt, Putnam i inne. „Szczególnie owocna była jego praca nad okładkami do płyt… – podkreślał historyk sztuki Szymon Bojko – tu jego fantazja, umiejętność widzenia szczegółów i kadrowania obrazu znalazły pole do popisu. Projektował okładki do wysoko nakładowych czasopism, …co umacniało jego pozycję w nowym środowisku”.

Zagórski, jako artysta o ugruntowanej pozycji, był również pedagogiem, uczącym w Tyler School of Art w Filadelfii, gdzie prowadził słynną katedrę projektowania graficznego.

Sztuka w pryzmacie

Foto. Galeria Kordegarda, Warszawa

Foto. Galeria Kordegarda, Warszawa

Na działania Zagórskiego, mimo jego polskiego pochodzenia, patrzeć należy z amerykańskiego punktu widzenia. Twórca, uważany za jednego z najlepszych artystów grafików, dzięki dwóm kulturom, w jakich przyszło mu żyć i wzrastać, stworzył własną markę, budującą niemałe sukcesy.

Wielkie znacznie miało miejsce jego działań, jakim stała się Ameryka. Praca na tamtejszym, niezwykle ugruntowanym i ważnym, rynku graficznym dała mu niezwykłe możliwości. To specyficzne środowisko, choć nie jest łatwym do zdobycia, ofiarowuje szczęśliwym zdobywcom szanse i długotrwałe sukcesy. „Zagórski zmuszony był do szybkiego przestawienia się na zupełnie inny tor działania – pisał Szymon Bojko – jako że grafika użytkowa, choćby najbardziej ambitna, należy w Stanach Zjednoczonych do gatunku commercial art i ten fakt wyznacza inny status artysty i inną hierarchię artystyczną”.

Zagórski, choć zajęło mu to trochę czasu, odnalazł się w tych realiach doskonale. Tworzył dzieła osadzone na polskich inspiracjach, jednak doskonale wpisane w kulturę i realia amerykańskie. Dzięki niekwestionowanemu talentowi i bogatej wyobraźni, a także dobremu warsztatowi i wytrwałości stał się, i pozostaje, znaczącą postacią wielkiego rynku sztuki komercyjnej, będącego jednym z filarów sztuki światowej.

 

Tekst ukazał się na łamach „Vectora Polonii” – Sztuka winylu: Stanisław Zagórski, „VP”, nr 26 (89), 29 czerwca 2014.

Brama szerokiej kamienicy wychodzi na bulwar d’Orléans. Tam właśnie, tuż przy jednym z brzegów Wyspy świętego Ludwika, mieści się siedziba Biblioteki Polskiej i Towarzystwo Historyczno-Literackie. Skarbnica dziejów i jeden z pierwszych przystanków nieomal wszystkich pokoleń emigracji polskiej w Paryżu.

Zachować pamięć

04

Quai d’Orléans i budynek Biblioteki, mieszczącej się pod numerem 6. Foto. ARS.

Wraz z klęską Powstania Listopadowego z Polski wyruszyła fala emigracji politycznej. Jednym z głównych przystanków na mapie stał się Paryż. Miasto lubiane przez pokolenia Polaków i tym razem okazało się doskonałą przystanią dla wygnańców.

Jednym z nich był księże Jerzy Adam Czartoryski. Ten znany działacz i polityk znalazł się w Paryżu z powodu wyroku śmierci, jaki po Powstaniu Listopadowym, wydał na niego car Mikołaj I Romanow. Jak podaje „Polski Słownik Biograficzny”, miał on zostać publicznie ścięty toporem. Osiadłszy we Francji, żywo zaangażował się w życie społeczno-kulturalne, nie przerwał także swej działalności politycznej. Po zakupie budynku Hôtel Lambert, dowodził m. in. tamtejszym konserwatywnym stronnictwem o tej samej nazwie.

Nieco wcześniej, w 1832 roku, powołano do życia Towarzystwo Literackie. Stanowisko pierwszego prezesa złożono w ręce księcia Czartoryskiego. W ciągu następnych lat formacja ulegała najróżniejszym przekształceniom. W ramach Towarzystwa powstały dwa Wydziały: Historyczny i Statystyczny, które w ostateczności przekształciły się w Towarzystwo Historyczno-Literackie. Władza w stowarzyszeniu powierzona została księciu Czartoryskiemu, a wiceprezesem został sam Adam Mickiewicz.

Obecnie Towarzystwo opiekuje się Biblioteką Polską, która to powstała 24 listopada 1838 roku. Kilkanaście lat po założeniu placówki, generał Władysław Zamoyski zakupił jej obecną siedzibę, czyli kamienicę na Wyspie Świętego Ludwika. Hrabia Zamoyski, również uczestnik Powstania Listopadowego, był działaczem polonii paryskiej, jednym z najbliższych współpracowników księcia Czartoryskiego w Hôtel Lambert.

Depozyty i kolekcje

01

Portret Adama Jerzego Czartoryskiego, fotografia, ok. 1861. Foto. polona.pl, Biblioteka Narodowa.

Biblioteka jest niczym skarbiec Alibaby. W kolekcji placówki znajduje się wiele różnorodnych obiektów. Zbiory, to rezultat darowizn zarówno skierowanych do Towarzystwa Literackiego, jak i samej Biblioteki. Jednymi z najwcześniejszych eksponatów, jak wspomina Anna Czartoryska, były te przekazane przez Aleksandra Rypińskiego, czyli: „16 portretów narodowych” i „12 wizerunków sławnych dam”.  Dalej placówka wzbogacała się darami od Władysława Zamoyskiego, Karola Kniaziewicza, Charlesa de Montalembert, czy kolekcją Muzeum Narodowego im. Wodzińskich z Drezna.

Kolekcja biblioteki to m. in.: autografy królewskie, korespondencja wielu wybitnych Polaków (w tym Adama Mickiewicza), czasopisma, herbarze, olbrzymi – liczący ponad 6200 obiektów – zbiór kartograficzny, z eksponatami z XVI wieku. Oglądać tam również można kilka mebli należących do znanych postaci emigracyjnych, w tym: fotel księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, biurko, przy którym Adam Mickiewicz kończył „Pana Tadeusza” oraz własności Marii Skłodowskiej-Curie.

Salon i Muzeum

03

Wnętrze jednej z sal Biblioteki Polskiej w Paryżu, fotografia, ok. 1939. Foto. polona.pl, Biblioteka Narodowa.

W Bibliotece znajdują się sale poświęcone wybitnym polskim twórcom: Adamowi Mickiewiczowi i Fryderykowi Chopinowi. Pierwsze z Muzeów, powołane zostało do życia przez Władysława Mickiewicza, syna Adama. To niezwykły zbiór rękopisów wieszcza, w tym: ostatni fragment „Dziadów”, listy, dokumenty, czasopisma. Ponadto działa plastyczne: litografie, medale, portrety rodzinne. Są tam również bardziej osobiste pamiątki: pukle włosów, obrączki, gęsie pióro, różaniec. Podobne pamiątki stanowią kanwę Salonu Chopina. Będącego – jak podkreśla Anna Czartoryska – „jedynym miejscem w Paryżu poświęconym pamięci kompozytora”. Można tam zobaczyć: pukle włosów, maskę pośmiertną, fotel należący do kompozytora i wiele innych osobistych pamiątek. Ponadto: rękopisy, autografy muzyczne, medaliony.

Bohema artystyczna

05

Wejście do kamienicy z napisem „Société Historique et Littéraire Polonaise Biblioteka Polska”. Foto. ARS.

W zbiorach Biblioteki odnaleźć można wiele ciekawych i cennych eksponatów stanowiących o polskich artysta plastykach tworzących na emigracji. Wśród nazwisk pojawiają się tacy artyści jak: Olga Boznańska, Bolesław Biegas, Gustaw Gwozdecki, Konstanty Brandel, Jan Ekiert, Leopold Gottlieb, Tadeusz Makowski i wielu innych. Wśród eksponatów znajdują się: rzeźby, obrazy, grafika, fotografie. Choć, jak podkreśla Anna Czartoryska, jest to dosyć przypadkowa kolekcja, należy ona jednak do jednej z najciekawszych, prezentujących jakże bogate i wybitne środowisko polskich twórców emigracyjnych.

Kolekcja Biblioteki, z powodu braku miejsca, nie jest eksponowana w całości. Pokazywana bywa na ekspozycjach czasowych w ramach istniejącego w placówce Muzeum Bolesława Biegasa oraz stanowi depozyty w innych miejscach (Muzeum Narodowe w Gdańsku czy Muzeum d’Orsay w Paryżu).

 

Cytaty i informacje pochodzą m. in. z publikacji: Artyści Polscy w Paryżu. Zbiory Artystyczne Biblioteki Polskiej w Paryżu, red. A. Czartoryska, M. M. Grąbczewska, Gdańsk 2010.

Tekst ukazał się na łamach „Vectora Polonii” – Biblioteka Polska w Paryżu, „VP”, nr 24 (87), 15 czerwca 2014.

„Warunki jego podróży były niezwykle trudne, kilka razy cudem uniknął śmierci, czy to błądząc po pustyni, czy to broniąc się przed atakami dzikich zwierząt, czy wreszcie tonąc w spienionych wodach rzeki Kasai. Tylko dzięki niezwykłemu hartowi ducha ostatecznie zakończył sukcesem wyprawę, realizując jednocześnie swoje życiowe marzenie. Sam nigdy książki nie napisał – nie zdążył. Zmarł rok po powrocie do kraju na zapalenie płuc, będące powikłaniem licznych chorób tropikalnych”.

Więcej Fundacja im. Kazimierza Nowaka.

Tekst autorstwa Szymona Bojko, „U źródeł autentyczności – Jacek Wilewski, artysta niechciany”, opublikowany został na łamach Obieg.pl, w 2009 roku.

„Szaleństwo w obsesji jednego tematu: ciało kobiety. Erotyzm egzystencjalny, zakotwiczony w dzieciństwie, odwołujący się do mitu pramatki ziemi, symbolu prapoczątku rzeczy. Psychoanaliza przemieszana z dojrzałą, filozoficzną motywacją swojej sztuki. Spontanicznie uświadomiłem sobie, że występuje tu pokrewieństwo z motywem w kulturze literackiej Francji końca XIX w., zwanym les poetes maudits (przeklęci), z nich, okrytych sławą, Verlaine, Rimbaud. Historia lubi analogie…”.

Całość: http://www.obieg.pl/prezentacje/6051  

Tłusta farba, feeria barw, doskonałość kreski. Tematy: uliczne, knajpiane, teatralne, społeczne. Style różnorodne, wyrosłe na gruncie: polskim, ale też monachijskim, rzymskim, paryskim. Prace tworzone z wewnętrzną furią, ale chorobliwie perfekcyjne. Wszystko pokazuje wielki talent i niezwykły zmysł obserwacji.

Niedoceniana „moderność”

Aleksander_Gierymski_Zydowka_z_pomaranczami_ok.1880-1881

Żydówka z pomarańczami, ok. 1880-1881, olej, płótno, 65 x 54 cm, MNW. Foto. materiały prasowe Muzeum.

Królem był twórca realistycznych, wielkoformatowych obrazów olejnych, o tematyce historycznej. Jan Matejko. Pięknie i gęsto malowane sceny bitwy pod Grunwaldem, Hołdu pruskiego, czy portrety członków rodziny wyznaczały trendy w sztuce polskiej. Była też wielbiona Europa zachodnia. Style i mody tam obowiązujące oraz rewolucje artystyczne płynęły wartkim strumieniem do Polski, przez emigracyjne przyczółki, uczelnie, wyjazdy, przyjazdy. Artyści bywali m. in. w Monachium, gdzie, znajdowała się jedna z przystani polskiej bohemy artystycznej. Byli wśród nich: Józef Brandt, Józef Chełmoński, Władysław Czachórski, Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Alfred Wirusz-Kowalski, Stanisław Witkiewicz.

Obraz polskiego malarstwa XIX i pocz. XX w. rysuje się w niezwykle skomplikowany sposób. Sztukę polską tego okresu charakteryzowała ślepa wierność naturze. Wynikające z historycznych doświadczeń – popowstaniowych głównie – swego rodzaju wyciszenie palet barwnych, ruchu i narracji oraz naszpikowanie różnorodnymi symbolami. Krytyka jest zaś konserwatywna. Mimo to, wszystkimi otworami wlewał się modernizm. Niedoceniany, wyśmiewany, marginalizowany.

Duch starszego brata

„Mnie było trzeba sztuki i wiary w siebie; mam pierwszą, druga może przyjdzie. Wybaczcie mi, ale nie wolno brać mnie tak płytko, jakeście mnie brali” – pisał do jednego z przyjaciół Aleksander Gierymski. Ze sztuką właśnie, miał styczność od najmłodszych lat. Jego starszy brat – Maksymilian – był artystą. On sam kształcił się najpierw w Klasie Rysunkowej w Warszawie, a potem na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Tam, za pracę dyplomową „Scena sądu” (przedstawiającą fragment „Kupca weneckiego” Williama Szekspira) został nagrodzony złotym medalem. Niemal całe życie spędził poza granicami Polski. Bywał w Rzymie, Paryżu, Wiedniu. Jego wyjazdy miały związek również z nękającą artystę nerwicą. Gierymski był nie tylko malarzem. Pracował jako ilustrator, tworząc dla takich tytułów jak „Kłosy, czy „Tygodnik Ilustrowany”, ale i prasy niemieckojęzycznej. Ostatnie lata życia spędził w słonecznej Italii, gdzie zmarł.

di91219_1

Portret Aleksandra Gierymskiego, zakład fotograficzny Conrad , Warszawa, 1881-ca 1901. Foto. materiały prasowe Muzeum.

„Oto jestem już o wiele moderniejszy! Ta moderność polega, a co bardzo ważne, na zdecydowanym kolorze, położonym prawie od razu, bez przemęczania płótna ciągłymi laserunkami i malowanie świeżymi kolorami, bez pastwienia się nad obrazem…” – pisał artysta. Zarówno nieustannie doskonalony warsztat, jak i niezwykle wyostrzony zmysł obserwacji uczyniły Gierymskiego wielkim mistrzem. Buntownik polskiej konserwatywnej sceny twórczej, zapisał się w jej historii jako niedoceniany badacz nieznanego. Artysta światła i przekraczający swoją epokę brat.

Jego biografia rysuje się niezwykle ciekawie. Pojawiają się w niej, wspominane przez przyjaciół hałdy piasku, które usypywał i studiował. Praca oparta niejednokrotnie na ustawianiu modelek i robieniu fotografii, będących podstawą do dalszych działań twórczych, których celem ostatecznym był obraz olejny. Niemal obsesyjna fascynacja postacią pięknej i utalentowanej aktorki Heleny Modrzejewskiej. Opieka nad zmarłym w 28 roku życia bratem, którego był towarzyszem. Choroba, nadwrażliwość, zgorzknienie, brak pewności siebie, bieda.

„Od wczesnej młodości wyróżniała go bezkompromisowa postawa eksperymentatora, narażonego na momenty zwątpienia zarówno w swoje umiejętności, jak i w słuszność obranej drogi twórczej, jednak wytrwale poszukującego własnych rozwiązań, uwrażliwionego na przemiany zachodzące w tym czasie w sztuce europejskiej. Gierymski jest uważany za jednego z najbardziej świadomych prekursorów realizmu w malarstwie polskim” – piszą organizatorzy wystawy artysty, odbywającej się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Dwa brzegi jednej rzeki

W altanie, 1882, olej, płótno, 137 x 148 cm, MNW. Foto. materiały prasowe Muzeum.

W altanie, 1882, olej, płótno, 137 x 148 cm, MNW. Foto. materiały prasowe Muzeum.

W dwóch miastach położonych nad Wisłą, odbywają się dwie wystawy, dwóch wspaniałych polskich artystów. To projekt „Bracia Gierymscy”. W Warszawie można oglądać twórczość Aleksandra, w Krakowie zaś Maksymiliana Gierymskich. „Daliśmy publiczności niepowtarzalną okazję zobaczenia i porównania niemal w tym samym czasie malarstwa tych artystów” – tłumaczy kuratorka Ewa Micke-Broniarek.

Na warszawskiej ekspozycji – której wartość określa postać tego mniej cenionego, a raczej mniej znanego, brata – prezentowana jest niemal cała spuścizna artysty. Ponad sto obrazów, do tego rysunki oraz drzeworyty. Jak wspominają organizatorzy wystawy, większość prac pochodzi z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie pozostałe, to zbiory z innych muzeów polskich i zagranicznych oraz własności osób prywatnych. Wystawy – „Aleksander Gierymski 1850–1901”, jak i „Maksymilian Gierymski. Dzieła, inspiracje, recepcja” – potrwają do 10 sierpnia.

 

Tekst opublikowany został na łamach „Vectora Polonii”, nr 22 (85), 1 czerwca 2014. www.vectorpolonii.com

Życiorys artysty przesiąknięty jest wygnaniem. Wojna. Koniec szczęśliwego domu, gdzie na gitarze grywał ojciec, a rodzeństwo bawiło się w bohaterów czytanych książek. Komunizm. Studia, wystawy, nagrody, a jednak aresztowanie i decyzja o emigracji. Paryż. Miasto pełne wolności i możliwości, ale i samotności istnienia na marginesie dziejów.

Paryski świt
Pani domu, litografia, 1966Choć artysta bardzo związany był z Polską, to historyczne burze skierowały jego statek ku wychodźstwu. Nieomal całe życie spędził w niełatwym państwie, jakim była Francja. Pomimo doświadczania wielkiej samotności oraz braku wymiernych efektów swego międzynarodowego sukcesu, ukochał Paryż. Miasto dawało mu namiastkę wolności, a przede wszystkim wachlarz rozmaitych przeżyć i krajobrazów. Motywy twórczości podnosił wprost z paryskiego bruku. Wszystkie te fascynacje odczytać można w jego dziełach patrząc przez pryzmat wiedzy, ale – co ważniejsze – wyobraźni. „Wiem na pewno, że najciekawsze okresy twórczości zdarzają mi się właśnie wtedy, gdy w intensywny sposób przezywam kontakty ze światem zewnętrznym, gdy uczestniczę w nim” – przyznawał w wywiadzie z Jerzym Stajudą.

1982 - Plakat przeciwko stanowi wojennemuWiadomo, że Lebenstein podziwiał Paryż i wszystko co z nim związane. Jego zakamarki, zakazane rewiry, podwórza, prywatne mieszkania, sofy i codzienności ich właścicieli z różnych stron świata stały się krajobrazem towarzyszącym duszy. Jego siostrzenica – Joanna Żamojdo – wspomina niezwykłą ciekawość wuja, który potrafił snuć opowieści o nieomal każdej paryskiej kamienicy. Chadzał na różnorodne ekspozycje, interesował się nieomal wszystkim. Wielokrotnie przesiadywał w Luwrze, studiując kolekcję i prowadząc zapiski z tych posiedzeń. Był również piewcą nocnego życie miasta.

O codzienności Lebensteina opowiadał Gustaw Herling-Grudziński. Przyjaciel artysty, po kończących się wizytach w siedzibie paryskiej „Kultury”, udawał się zazwyczaj do pracowni artysty, aby tam „posiedzieć w milczeniu przed jego nowymi płótnami, gwaszami, rysunkami”. Panowie bywali również w galeriach i muzeach kontemplując wspólnie różne ekspozycje. Niemniej, jak wspomina Herling-Grudziński, ich paryskie życie nawiązywało również do tradycji bohemy. „Nie gardziliśmy wódką, która ma (a raczej miała) właściwości rozwiązywania języka temu malarskiemu milczkowi, lub co ważniejsze mrukowi” – ujawniał pisarz.

Płótno, tektura, papier
1966 - litografia no 11Na studia artystyczne Lebenstein uczęszczał na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Nauki pobierał m. in. u Artura Nachta-Samborskiego. Debiutował na wystawie zorganizowanej przez Związek Polskich Artystów Plastyków, w 1954 roku. Od tamtej pory stał się jednym z najlepszym artystów młodego pokolenia. Otrzymał Grand Prix na I Biennale Młodych w Paryżu. W ramach nagrody mógł pojechać na stypendium do Francji, gdzie organizowano mu również wystawę. Artysta skorzystał z okazji. W efekcie, od lat 60., pozostawał na emigracji. Zmarł w Krakowie, w maju 1999 roku.

Dzieła Lebensteina nie są dosłowne. Pełne emocji i wyrafinowania przekazują światu najdziwniejsze, najokrutniejsze i niezwykle fascynujące treści. Estetyczna i wyrafinowana twórczość artysty jest sztuką niełatwego odbioru, sztuką literatów i poetów, sztuką intelektu i uczuć. „Na własny użytek dzielę więc sobie malarstwo inaczej: na dosłowne i zmetaforyzowane. Moje obrazy są metaforami emocjonalnymi. Ich zadaniem jest narzucić widzowi, dobitnie, ale bez taniego wrzasku, przeżycie jakiegoś dramatu emocjonalnego, który staram się pokazać za pomocą spontanicznej przenośni” – mówił w wywiadzie z Zdzisławem Jurkiewiczem.

Tablice pamięci
1966 - Litografia no 9W tym (2014 r.), przypada piętnasta rocznica śmierci Lebensteina. Obecnie jego twórczość można podziwiać na dwóch wystawach w Polsce i we Francji.

Pierwsza, trwająca już od 2 kwietnia, ekspozycja ma miejsce w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Placówka ta posiada jedną z największych kolekcji dzieł artysty. „Na wystawie zobaczymy aż 126 prac – obrazów olejnych, rysunków, litografii i gwaszy. Kolekcję budował konsekwentnie Mariusz Hermansdorfer, dawny dyrektor Muzeum Narodowego. Był zaprzyjaźniony z Janem Lebensteinem, odwiedzał go w Paryżu, a niektóre prace ofiarowane przez artystę, przemycał w bagażu podręcznym” – wspominają organizatorzy. Pokaz, w zamyśle kuratorów będący retrospektywą twórczości artysty, oglądać można do 10 sierpnia.

Druga z wspominanych ekspozycji trwać będzie od 22 maja w Galerie Roi Dore. W ramach „Jan Lebenstein. In Memoriam” – jak głosi tytuł wystawy – zobaczyć będzie można prace na papierze. M. in. pokazanych zostanie 15 litografii z Galerii Lambert, które prezentowane były w tym słynnym miejscu w 1973 r. Celem wystawy jest przypomnienie, ale także zapoznanie światowej publiczności z tym wybitnym, polskim artystą. A ponadto, jak wspominają organizatorzy „zamierzeniem wystawy jest zaprezentowanie Jana Lebensteina jako artysty i człowieka, żyjącego i tworzącego na emigracji. Szczególnie interesujące są dla nas trwałe ślady, które zostawiła jego sztuka na terenie Paryża oraz w świecie ilustratorskim”.

Tekst ukazał się na łamach „Vectora Polonii”, Nr 21 (84), 25.05.2014, www.vectorpolonii.com.

O paryskiej wystawie – www.roidore.com

Mówi się, że jej twórczość to malarstwo intelektualne. Sama przyznawała się do realizmu, surrealizmu i abstrakcji. „Arika Madeyska jest małym mistrzem sztuki wieku XX” – napisał o artystce Wiesław Banach. A ona tłumaczyła, z wrodzoną nieśmiałością, że obraz „powinno się… brać takim, jakim jest”.

Niezależność żony

02

Arika Madeyska, obraz na płótnie. Foto. dzięki uprzejmości córki artystki.

Z Polski wyjechała w 1966 r. Jej celem był Paryż. Otrzymała stypendium (sto dolarów miesięcznie), które miało jej umożliwić podróż i roczny pobyt w mieście. „A ponieważ miałam kłopoty z mężem i chciałam od niego odejść, postanowiłam tu zostać” – przyznała Elżbiecie Dzikowskiej.

Madeyska urodziła się w Warszawie, gdzie jej rodzina zamieszkała w związku z pracą ojca inżyniera. Matka – Wartuga Rozalia Unaniec – była przedstawicielką szlachty ormiańsko-gruzińsko-tureckiej, ojciec zaś – Władysław Orłowski – pochodził rodziny posługującej się herbem Lubicz. Artystka trzykrotnie wychodziła za mąż. Miała jedną córkę – Honoratę.

Arika Madeyska w jednej z paryskich kawiarni. Foto. dzięki uprzejmości córki artystki.

Arika Madeyska w jednej z paryskich kawiarni. Foto. dzięki uprzejmości córki artystki.

W latach 1948-1953 uczęszczała do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Sopocie. Studiowała pod kierunkiem Artura Nachta-Samborskiego, Jacka Żuławskiego i Józefa Wnukowa. W Polsce, jak i za granicą, twórczość jej była ceniona niemal od początku. Zarówno wystawy, jak i laury pokrywały jej skronie wielokrotnie. M. in. brała udział w warszawskim Arsenale z 1955 r., pokazywała prace w Genewie czy Paryżu. W ostatnim z miast związała całe swoje życie.

Marność miłości

Madeyska to malarką, która tworzyła również makaty i collage. Jednak jej głównym zajęciem była konserwacja dzieł sztuki. Pracę w tej dziedzinie podjęła dopiero we Francji, z powodów czysto pragmatycznych. Gdy przyjechała na stypendium okazało się, że zaoferowana suma nie wystarcza na podstawowe wydatki. Przez chwilę była sprzątaczką, jednak szybko nabyła umiejętności konserwatorskie i pracowała m. in. przy renowacji sufitu w podparyskim pałacu Fontainebleau. Niestety zajęcie to, pomimo iż pozwalało jej uzyskiwać środki finansowe, nie przynosiło żadnej satysfakcji. „Konserwacja, to była ciężka praca fizyczna, nic dziwnego, że jej nienawidziła” – mówiła córka.

Arika Madeyska - szkice z Nowego Jorku. Foto dzięki uprzejmości córki artystki.

Arika Madeyska – szkice z Nowego Jorku. Foto dzięki uprzejmości córki artystki.

Ciekawa świata podróżniczka, o niezwykłej wrażliwości i delikatności, zdominowana onieśmieleniem. Wystawiała nieustannie na całym nieomal świecie (Polska, Stany Zjednoczone, Brazylia). Mimo to jej twórczość osnuta została mgłą zapomnienia. „W dalszym ciągu nie jestem znana, bo nie czynię żadnego wysiłku by było inaczej. A wysiłek winien być szalony, charakter zaś z żelaza. I siła przebicia” – usprawiedliwiała się Madeyska. Córka powiedziała o matce –„typowa artystka-boheme”. Widziała ją również jako dzielną, ale za mało przebojową.

01

Artystka w paryskiej pracowni. Foto dzięki uprzejmości córki artystki.

Przyjaciele i znajomi artystki zgodnie wspominają Madeyską jako osobę pełną życia, towarzyską, ciekawą świata. „Miała niezwykły temperament życiowy. Tyle rzeczy ją interesowało, tyle robiła projektów!” – mówiła Krystyna Letouzey. Honorata Madeyska-Jonquiere wspominała o paryskich, niedzielnych włóczęgach z matką, która „ciągnęła mnie na siłę…, żeby <się przejść>”. A chadzała w najróżniejsze zakamarki miasta. Muzea, galerie, pchle targi, antykwariaty, księgarnie, podwórka, pasaże, kina, teatry. Ale i kawiarenki, tak niezmiennie i głęboko wpisane w krajobraz Paryża. Siedząc przy małym, zapewne okrągłym, stoliku popijała mocne expresso i patrzyła… Na ludzi, ptaki, bruk, niebo. Na ten ciekawy świat.

W doskonałości

Malował i rysowała. Miasta, budynki, martwe natury, portrety, akty… ale przede wszystkim koła, koła, koła. „Kręcę się ciągle w koło” – przyznała Elżbiecie Dzikowskiej – dodając, że „forma okrągła jest najdoskonalsza i można ją bez przerwy eksploatować na nowo. Maluję na niej nie to co widzę, ale co już widziałam”.

04

Spowite w brązy kompozycje owalne Ariki Madeyskiej. Foto dzięki uprzejmości córki artystki.

Fascynacja tą, a nie inną figurą geometryczną, przyszła wraz z wizytą w domu Wassily’ego Kandinsky’ego. Odwiedzając pewnego razu żonę malarza, artystka zauważyła „obrazy kół”, które wywarły na niej niezapomniane wrażenie. Od tamtej pory stały się nieomal obsesją Madeyskiej. Tworzyła z nich pełne smaku, estetyki i delikatności kompozycje. Subtelnych płócien dopełniały – dobierane z niezwykłym wyczuciem i talentem – kolory. Do tych eterycznych wizji artystka dodawała jednak swoją niezwykłą życiową siłę, uzupełniając je kreskami i zadrapaniami.

Arika przy sztaludze lata 60

Artystka przy pracy, lata 60. Foto dzięki uprzejmości córki artystki.

Na tle abstrakcji niezwykle odmienne jest jej malarstwo przedstawieniowe. Na pierwszy rzut oka nieco prymitywne, zwykłe kolorowe domki, pejzaże. Niemniej kryją w sobie coś niepokojącego, niedopowiedzianego. Nie ma tam „prawdziwego” życia, tła z chmurkami. Owoce i kwiatki w wazonach w doskonałych, mięsistych barwach przesycone są jakimś chłodem. Portrety pozbawione wspomnień i osobowości, które zdawało by się powinny wyzierać z oczu modela. Czarne kreski tworzące obraz Manhattanu czy Brooklynu mimo zwięzłości, emanują niezwykłym czarem.

  • Powyższy artykuł ukazał się na łamach gazety „Vector Polonii”, maj 2014.
  • Bibliografia:
    1. Wiesław Banach, Madeyska, red.: Wiesław Banach, Ewa Kasprzak, katalog wystawy, Muzeum w Sanoku, Sanok 2006 (http://muzeum.sanok.pl/sklep/product.php?id_product=34).
    2. Dzikowska Elżbieta, Polacy w sztuce świata…, Warszawa.
    3. Oficjalna strona artystki: madeyska.com