Posts Tagged ‘Artyści’

Pierwsza w historii monografia życia i twórczości, popularnego w latach 20. i 30., polsko-amerykańskiego artysty Władysława Teodora Bendy dostępna w Polsce i USA.

Okładka książki, wyd. Universitas 2016.

Okładka książki, wyd. Universitas 2016.

Praca Anny Rudek-Śmiechowskiej nosi tytuł „Władysław Teodor Benda. Życie i twórczość polsko-amerykańskiego ilustratora i twórcy masek”, a została wydana przez Universitas, Krakow 2016 (ISBN: 97883-242-2731-0).

The first ever monograph on the life and works, popular in the 20s and 30s, Polish-American artist Wladyslaw Theodor Benda available in Poland and the USA.

Book written by Anna Rudek-Śmiechowski, titled „Władysław Teodor Benda. Życie i twórczość polsko-amerykańskiego ilustratora i twórcy masek” was published by Universitas, Krakow 2016 (ISBN: 97883-242-2731-0).

KUP/ BUY tutaj (PL) or here (US).

Reklamy

3 dni obrad. 40 referatów. 7-9 października 2015.  Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu”. Toruń. A tam – VI Konferencja Sztuki Nowoczesnej, której temat brzmiał jakże interesująco – „Paryż i artyści polscy / Paris et les artistes polonais / Paris and the Polish Artists 1945-1989”.zaproszenie Torun 2015

Wiele ciekawych śladów w stolicy Francji. M.in. Michał BATORY i jego „grypsy o dniu dzisiejszym” w moim referacie, gdzie mówiłam –  „Michał Batory już na studiach wybrał specjalność: plakat. Pytany w wywiadach o powody swojego zauroczenia tym typem działalności twórczej, odpowiada – „Nie chciałem być artystą, który widzi ludzi tylko na wernisażu. Zależało mi na komunikacji, żeby to, co robię, funkcjonowało na ulicy, w mieście” („Duży Format” 2015). Patrząc na warsztat artysty trudno jednak ostatecznie włożyć jego postać w jedną szufladkę. Michał Batory jest plakacistą, ale i rzeźbiarzem (czy raczej plastykiem), fotografem, grafikiem”.

Poza tym Cieślewicz, Polska emigracja architektoniczna, Jerzy Brodnicki  – Van Haardt, Polskie rzeźbiarki w Paryżu po 45’, czy Paryskie za(o)patrzenie szkoły sopockiej i wiele, wiele innych.

W podsumowaniu konferencji, biorący w niej czynny udział Piotr Majewski, napisał m.in. „Bilans spotkania można określić jako bogaty i wielowątkowy. Konferencja, która zgromadziła specjalistów z różnych ośrodków uniwersyteckich oraz muzeów, a także reprezentujących Polski Instytut Studiów nad Sztuką Świata, stała się pretekstem nie tylko do prezentacji rezultatów badań poświęconych zagadnieniom szczegółowym, ale zarysowała kierunki dalszych prac badawczych. Spotkanie okazało się pod tym względem inspirujące, nie zamknęło prac badawczych nad tytułowym zagadnieniem, ale przeciwnie – dopiero go otworzyło” (więcej: http://www.world-art.pl/).

Pozostaje teraz czekać co będzie dalej…

Migawka PL, czyli szkic o fotografii polskiej, Mois de la Photo, Galerie Roi Dore, Paris 2012, [katalog wystawy].

Bułhak, Strzemiński, Witkacy, Dłubak, Horowitz, Ciołek, Hartwig, Bąkowski, Kwiek, Rydet, Lachowicz, Kulik, Sikora, Libera, Kozyra… Lista nazwisk sygnujących niezwykłe dzieła to zaledwie fragment plejady polskich artystów zajmujących się różnorodną formą fotografii. Działający w różnych epokach, za pomocą różnorodnych technologii, hołdujący wielorakim ideom i filozofiom artystycznym stanowią dzisiaj o sile polskiej sztuki.

IMG_0900

Foto ARS.

W Polsce fotografia rozwijała się od XIX wieku. Jej początki sięgały mniej więcej 1839 roku, kiedy to talbotypie wykonywał inżynier Maksymilian Strasz z Kielc, autor pierwszego podręcznika o fotografowaniu. Wśród równych mu fotografów wymienić należy dodatkowo: Andrzeja Radwańskiego, Józefa Gloisnera, Moritza Scholtza, czy Marcina Zalewskiego zwanego „ojcem polskiej fotografii” oraz jednego z najwszechstronniejszych – Karola Beyera. Oprócz fotografii artystycznej i zakładowej niezwykle prężnie rozwijała się jej prasowa forma, na polu której królował Konrad Brandel, konstruktor „fotorewolweru”.

Wielkim zwrotem w historii fotografii polskiej był okres międzywojenny związany z działaniami tzw. „awangardy”, a zwłaszcza postacią wybitnego artysty Władysława Strzemińskiego. Wyśmienite eksperymenty na tym polu przeprowadzał z niemałym sukcesem i Stanisław Ignacy Witkiewicz. Tworzył on niezwykłe portrety korzystając m. in. z luster. W tym czasie Polacy przodowali również w sztuce fotomontażu.

Po II wojnie światowej, pomimo niesprzyjających warunków politycznych, następowało powolne odrodzenie. W 1948 roku odbyła się wystawa „Nowoczesna Fotografika Polska”, w której udział wzięli: Jan Bułhak, Edward Hartwig, Leonard Sempoliński i inni. Na nowej scenie pojawiła się postać malarza Zbigniewa Dłubaka, oraz Zdzisława Beksińskiego.

IMG_0909

Foto. ARS

Lata 70. i 80. przyniosły artystyczny wybuch w dziedzinie fotografii. Działalność rozpoczęły Warsztaty Formy Filmowej w Łodzi, wrocławskie Seminarium Foto-Medium-Art i warszawskie Seminarium. We Wrocławiu triumfy święciła grupa „Permafo”, a w jej szeregach Zbigniew Dłubak oraz Natalia LL (Natalia Lachowicz). Poza nimi działali: Janusz Bąkowski, Zdzisław Jurkiewicz, Andrzej Dłużniewski, czy Leszek Brogowski i Zofia Rydet. Niestety 13 grudnia 1981 roku w kraju wprowadzono stan wojenny, a życie artystyczne zeszło do podziemi. Wśród „klasycyzujących” fotografów działali: Paweł Kwiek, Erazm Ciołek, czy Anna Beata Bohdziewicz, w neoawangardzie natomiast: grupa Łódź Kaliska, Grzegorz Zygier oraz Jerzy Truszkowski, Zbigniew Libera, a także znamienna postać Zofii Kulik. Wielu artystów działało poza granicami kraju m. in.: w Stanach Zjednoczonych, Francji, Australii. Wśród emigracyjnych twórców pojawiały się nazwiska Ryszarda Horowitza, Krzysztofa  Pruszkowskiego, Jagody Przybylak.

W miarę wprowadzenia techniki wideo i polska fotografia uległa jej urokowi. W tej technice wybitne dzieła tworzyła Katarzyna Kozyra dokumentując ludzi np. w łaźni. Wśród czynnych fotografów eksperymentatorów pojawiały się nazwiska: Wojciecha Zawadzkiego, Ewy Andrzejewskiej, czy Bogdana Konopki. W dziedzinie związanej z bardziej użytkowym aspektem sztuki fotograficznej występowali m. in. Tomasz Sikora i Leszek Szurkowski. Także obecnie młodzi polscy artyści doceniają siłę języka fotografii i tu wśród nowej generacji zauważone zostają nazwiska np. Anety Grzeszykowskiej autorki projektu „Untitled Film Stills” z 2006 roku, ponadto Maurycego Gomulickiego, Zbigniewa Rogalskiego czy popularnego malarza Wilhelma Sasnala. Wśród najmłodszych pojawia się natomiast np. postać Irenki Kalickiej.

logo galeriiDokonania artystyczne Polaków w dziedzinie fotografii znajdują własne miejsce. W związku z możliwością jaką daje tegoroczny Miesiąc Fotografii 2012 (Mois de la Photo 2012) paryska Galerie Roi Doré postanowiła zaprezentować kilka polskich nazwisk. W kontekście „Zaczarowanej rzeczywistości” bezboleśnie przenoszącej do innego kontekstu, epoki, kadru zaprezentowane zostaną prace takich artystów jak: Michał Batory, Józef Bury, Roman Cieślewicz, Filip Flatau, Joanna Flatau, Andrzej Haladuda, Bogdan Konopka, Artur Majka, Mieczysław „Mietko” Rudek, Gabriela Morawetz, Stasys Eidrigevicius, Leszek Szurkowski, Krzysztof Zarębski.

Link do Galerii Roi Dore tutaj.

Poniższy tekst okrutnie zredagowany ukazał się w „Nowym Dzienniku”: Warszawska galeria na Manhattanie, „Przegląd Polski” (dodatek literacko-społeczny „Nowego Dziennika“), Nowy Jork, 28 grudnia 2007, s. 9.

Ściana stała się elementem pożądania. Powodem kontaktów i wymiany. Celem do zdobycia, który tworzy dalszą legendę. Pod koniec roku w nowojorskiej Rental Gallery, warszawska galeria Raster zaprezentuje prace czterech artystów.

Rolą galerii sztuki jest pokazywanie, dlatego aby istnieć potrzebuje przestrzeni. Ulicy, billboardu, sali. Ze zdobyciem takiego miejsca nie ma większego kłopotu, pojawia się on najczęściej w momencie otwierania kopert z rachunkami… Rzadko kiedy właściciele galerii mogą pozwolić sobie na otwarcie filii w jakimś innym miejscu. Pokazują więc w muzeach, na targach oraz wynajmując lokale.

Tej ostatniej inicjatywie wychodzi na przeciw Rental Gallery, której działalność polega na czasowym odsprzedawaniu przestrzeni wystawowej, galeriom z całego świata. Jak zapowiadają właściciele, taki charakter przedsięwzięcia ma na celu ułatwienie wymiany artystycznej pomiędzy Nowym Jorkiem i resztą globu. Dajemy galeriom możliwość zaprezentowania się nowojorskiej publiczności, bez potrzeby i problemów wynikających z wynajmowania lokalu na dłuższy czas. Rental nie wpływa na rodzaj, czy tematykę prezentowanych wystaw. Wyznacza terminy i oddaje przestrzeń ścian i podłóg. Pozostałe aspekty w rękach wynajmującego.

W tym roku, z możliwości zajęcia nowojorskiego lokalu skorzystała polska galeria, której codzienna siedziba mieści się na ul. Hożej w Warszawie. Pierwsza wizyta Rastra w Nowym Jorku nosi tytuł „Raster haircut”. Większość dzieł prezentowanych na wystawie została stworzona specjalnie na potrzeby amerykańskiego pokazu. Media w jakich ujawniają się działania artystyczne, to głównie fotografia i malarstwo.

Zamysł całości ekspozycji opiera się na elemencie identyfikacji międzyludzkiej, którym w tym przypadku są włosy. Detalowi temu wyznaczono dwa podstawowe znaczenia. Pierwsze, jako rzecz zwykła, codzienna, przynależna (prawie) każdemu człowiekowi. Drugie bardziej abstrakcyjne, odnoszące się do włosów tworzących fryzurę. Jej ułożenie i wygląd staje się wizytówką, sposobem na rozpoznanie i wpisanie do odpowiedniej grupy społecznej. Taka rola przypisana włosom stała się dla kuratorów wystawy „Raster haircut” formą prezentacji Galerii. Jak przyznają organizatorzy, ekspozycja jest próbą opisu naszej artystycznej tożsamości…, ale przede wszystkim właściwy nam sposób patrzenia… jest więc po prostu fryzjerskim lustrem, w którym jak na dłoni widać dokonujący się proces: powoli wyłaniający się z chaosu sens, obietnicę nowego porządku. Tak więc pierwszy pokaz Rastra w Nowym Jorku, opiera się na ogólnej prezentacji możliwości, jak i swoistego światopoglądu ludzi tworzących niepowtarzalny wymiar i klimat galerii.

Aktu strzyżenia dokonują czterej artyści: Rafał Bujnowski, Aneta Grzeszykowska, Przemek Matecki i Jan Smaga. Wszyscy współpracują  z Rastrem od dłuższego czasu.

Rafał Bujnowski studiował grafikę, na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, był także członkiem Grupy Ładnie. Artysta tworzy obrazy, wideo, obiekty i akcje. „Rafał Bujnowski to jeden z najbardziej radykalnych i inteligentnych malarzy współczesnych” – reklamuje artystę Raster.

Aneta Grzeszykowska ukończyła studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od 1999 r. wraz z Janem Smagą tworzy wspólne projekty artystyczne. Działa głównie w fotografii, której tematyka koncentruje się na człowieku i jego tożsamości.

Jan Smaga podobnie jak jego partnerka, ukończył te same studia i również zajmuje się fotografią. Korzystając z tego rodzaju twórczości poszerza klasyczną formę o możliwości współczesnej techniki komputerowo – montażowej.

Przemek Matecki studiował w Zielonej Górze, na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Zielonogórskiego. Jego sztuka łączy w sobie wytwory kultury masowej z klasycznym malarstwem. „Biorąc za punkt wyjścia wydzieliny i śmieci (również w sensie dosłownym) współczesnej kultury wizualnej i materialnej, Matecki wytwarza malarskie byty – obrazy, obiekty, instalacje” – piszą o artyście kuratorzy.

Symbioza Rastra i Rental potrwa miesiąc, do 13 stycznia 2008 roku. Bez wątpienia stanowić będzie ciekawą przygodę artystyczną. Aczkolwiek budzi się obawa, czy atak okaże się skuteczny. Raster przygotował doborowy oddział artystów, jednak skomplikowana struktura pomysłu, może wzbudzać zniechęcenie. Pamiętać należy również o tym, że Nowy Jork jest jak dno oceanu, aby zobaczyć to co się chce należy widzieć dokładnie gdzie zanurkować. Jedno jest pewne Polscy artyści znów wychodzą w świat, już nie tylko jako emigranci.

Wystawa czynna do 13 stycznia 2008. Rental, 120 East Broadway (6th floor), Nowy Jork.

Popiersia w szaleństwie, „Kultura i Biznes”, Łódz, Nr. 39: listopad – grudzień 2007, s.17.

Wybuch dynamitu jest głośny. Zwłaszcza w górach. Skały sypią się w dół. Im więcej ich spada, tym więcej widać. Oko, nos, brodę… Szalony Koń powraca do żywych w kamieniu, tak jak zapowiedział. Jego Demiurgiem jest Korczak Ziółkowski, rzeźbiarz amerykański z polską przeszłością.

Chwast – sierota

W rodzinie Korczaka Ziółkowskiego emigracje za Ocean rozpoczął dziadek. Ignacy – hrabia z Krakowa, do Ameryki wyjechał jeszcze w XIX wieku. Jego wnuk Korczak urodził się 6 września 1908 roku w Bostonie, jako syn Anny i Józefa Ziółkowskich. Rodzice zginęli tragicznie, kiedy miał rok. Pozostawiony sam sobie, tułał się po sierocińcach i rodzinach zastępczych. Los nie szczędził mu przykrości. Trafiał na ludzi okrutnych, którzy go upokarzali i wykorzystywali do ciężkiej pracy. Imię nadał sobie sam. Korczak, to z herbu rodziny. Kiedy miał szesnaście lat, opuścił dom zastępczy. Imał się wielu zajęć, między innymi pracy w zakładzie krawieckim i w sklepie. Ukończył szkołę techniczną i trafił do stoczni w Bostonie, gdzie pracował jako stolarz. W miejscu tym rozpoczął przygodę z rzeźbą, zaczynając od tworzenia prostych form w drewnie.

Sędzia i rzeźbiarz

W czasie pracy w bostońskiej stoczni Ziółkowski spotkał dwa anioły. Jednym z nich był rzeźbiarz Jan Kirchmayer. Artysta ten stał się dla młodego Korczaka ojcem, nauczycielem i mistrzem. Pokazał mu nie tylko możliwości rzeźbiarskie, lecz także nauczył historii rodzinnego kraju i codzienności życia. Wspomagał młodzieńca finansowo, w której to dziedzinie współdziałał z drugim opiekunem – sędzią Frederickiem Pickeringiem Cabotem. Czasy spędzony wśród prawdziwych przyjaciół, był dla Ziółkowskiego pełnią szczęścia i otwartości świata. Niestety, w 1932 r. zmarł sędzia Cabot. Odejście dobrej duszy, spowodowało wielki smutek w życiu młodego Korczaka, lecz stało się także punktem przełomowym – iskrą, która zapaliła wielki twórczy płomień. Ziółkowski w krótkim czasie wykonał marmurowy portret nieboszczyka i rozpoczął profesjonalną działalność rzeźbiarską. W swej artystycznej pracy wypowiadał się głównie w portretach.

Pierwsze sukcesy

W 1939 roku na Wielkiej Wystawie Światowej w Nowym Jorku Korczak Ziółkowski wystawił rzeźbę Study of an Immortal, przedstawiającą studium głowy Ignacego Paderewskiego. Krytycy określili pracę jako dzieło wstrząsające i imponujące. Wrażenie jakie wywarła na widzach, przypieczętowane zostało przyznaniem artyście nagrody w postaci pierwszego miejsca. Dzięki takiemu obrotowi spraw Ziółkowski został zauważony przez szersze grono profesjonalistów. Sukces zaowocował szybkim zaproszeniem, złożonym artyście przez Gutzona Borglum, wykonawcę  rzeźby głów prezydentów w Mount Rushmore Black Hills. Ten duński rzeźbiarz zaangażował Ziółkowskiego na stanowisko asystenta. Współpraca układała się znakomicie, do momentu śmierci Borgluma, kiedy to władzę nad wykonywaniem projektu przejął jego syn. Wszedł on w poważny konflikt personalny z Korczakiem, co zakończyło się odejściem Ziółkowskiego ze stanowiska.

Stojący Niedźwiedź

W roku 1868 rząd amerykański wprowadził oficjalną ustawę, na mocy której przyznano Indianom prawo do terytoriów Południowej Dakoty z bardzo ważnymi kulturowo, świętymi miejscami gór Black Hills. Niestety, czas porozumienia nie trwał długo. Kilka lat po wydaniu aktu na wzgórzach odkryto złoża złota. Rząd przestał respektować wcześniejsze obietnice. W 1873 roku Ulisses Grant, ówczesny prezydent kraju dał Indianom jeden wybór: asymilacja lub eksterminacja. Rozpoczęła się krwawa i tragiczna wojna. Gehenna narodów. Legiony ofiar i bohaterów. Indianie zamknięci zostali w rezerwatach, gdzie zaprzestano pielęgnowania kultury, zwyczajów, a nawet języka. W 1876 roku dwóch wielkich wodzów: Sitting Bull i Crazy Horse rozegrało zwycięską bitwę z kawalerią najeźdźców pod Little Big Horn. W miejscu tym śmierć poniósł jeden z najpopularniejszych eksterminatorów Indian, gen. George Custer. Bogowie jednak stali po stronie „białych”. W 1977 roku Crazy Horse został zakłuty na śmierć bagnetami, dzierżonymi w rękach żołnierzy z Fortu Robinson. Rodowici mieszkańcy Ameryki pozbawieni zostali głosu i miejsca. Sytuacja taka jednak nie trwała długo. W 1 połowie XX wieku, aby uczcić historie swojego narodu wodzowie Siuksów zadecydowali przeznaczyć święte wzgórza Black Hills dla wiecznej pamięci. Ja i inni wodzowie pragniemy, aby biali ludzie wiedzieli, że czerwonoskórzy również posiadali swoich bohaterów – powiedział Standing Bear, składając w ten sposób Korczakowi Ziółkowskiemu propozycje wyrzeźbienia podobizny wodza Crazy Horse w zboczach Black Hills.

Koń i jeździec

Korczak propozycji od razu nie przyjął. Mając trzydzieści cztery lata zaciągnął się do wojska i wziął udział w II wojnie światowej. Podczas służby został dwukrotnie ranny. Dosłużył się stopnia sierżanta. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych niemal od razu wyruszył do Black Hills. Zdecydował się przyjąć ofertę złożoną kilka lat wcześniej przez indiańskich wodzów. Jaki zaszczyt dla polskiej sieroty z Bostonu, że wodzowie indiańscy powierzyli jej zadanie opowiedzenia w kamieniu historii swej rasy. Jakiż to wielki zaszczyt! Tylko w Ameryce człowiek może wyrzeźbić górę – przyznawał ze wzruszeniem. Kiedy Korczak przybył na miejsce, Black Hills były całkowicie bezludne. Zamieszkał w namiocie i rozpoczął rozmowy z wodzami, których zdanie jako jedyne liczyło się w tworzeniu pomnika. Indianie zdecydowali się wybrać Szalonego Konia na „symbol” swej historii i kultury. Powodów było kilka. Wódz ten był wielkim bohaterem i wspaniałym patriotą …jednak nie jest czczony tylko z powodu bitew i odwagi, ale także  z powodu charakteru i lojalności, jaką wykazywał w stosunku do narodu. W czerwcu 1948 roku na górze, nazywanej przez Ziółkowskiego Thunderhead Mountain nastąpił pierwszy wybuch dynamitu. W zorganizowanej z tej okazji specjalnej uroczystości wzięli udział indiańscy wodzowie. Prace zostały rozpoczęte.

Buldożer

Każdy człowiek ma w życiu własną górę do przekucia. Ja kuję w swojej. Codziennie, aby dotrzeć do „pracowni” pokonywał 741 stopni. Na plecach, w rekach i na szyi nosił kilogramy dynamitu, przewodów, stali i innych drobiazgów. Zamiast dłuta korzystał z materiałów wybuchowych, potem buldożerów i młotów pneumatycznych. Projekt jaki stworzył Ziółkowski zakładał wyrzeźbienie postaci jeźdźca na koniu. Rozwiane włosy, wyciągnięta ręka i wzburzony rumak. Całość wynurzająca się z górskiego stoku. Rzeźba nie jest portretowym odtworzeniem rysów twarzy Crazy Horse, ponieważ nie zachowały się żadne jego wizerunki. Jak przyznawał sam Korczak: to ma być bardziej pamięć ludzi o duchu – charakterze  Szalonego Konia. U stóp pomnika widnieje napis, stanowiący cytat słów bohaterskiego wodza: Moja ziemia jest tam, gdzie spoczywają prochy moich zmarłych. Projekt Crazy Horse Memorial to nie tylko plan stworzenia monumentalnej rzeźby, ale również ośrodka kultury i historii wszystkich rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Na założenie składa się: Pomnik Crazy Horse, Muzeum Indian Północy, wydział Uniwersytetu Północnej Ameryki i centrum szkoleń medycznych oraz aleja wielkich wodzów i osiedla dla osób opiekujących się i pracujących w ośrodku. Ziółkowski zdawał sobie sprawę, że nie zdąży stworzyć całości jaką planował. Dlatego też, wraz z żoną napisał trzy księgi dokładnych planów, w których zawarł wyznaczniki dla swoich następców.

Odłamki

Korczak Ziółkowski ożenił się z Ruth Ross panną z West Hartford, którą poznał pracując przy głowach prezydentów w Mount Rushmore. Ruth stała się nie tylko towarzyszką jego życia i współpracownikiem, ale także spadkobiercom powołania. Obecnie piastuje funkcje dyrektora Crazy Horse Memorial Foundation. Wydaje rozporządzenia, organizuje imprezy, dba o najmniejsze szczegóły funkcjonowania instytucji. Ziółkowscy mieli dziesięcioro dzieci: Joela, Marka, Annę, Kazimierza, Jadwigę, Adama, Marinkę, Monikę, Dawn i Jasia. We wspomnieniach dwóch córek, które kontynuują zawód ojca, jawi się on nieugiętym, konsekwentnym i twardym człowiekiem. Mój ojciec nie był doskonały, denerwował mnie – przyznaje Monique, dziewiąte dziecko. Nigdy nie widziałam jak coś rzeźbi i nigdy też nie wykonywałam przy nim żadnej własnej sztuki, aż do jego śmierci. Bałam się, że jemu się to nie spodoba. Dziesiąta z kolei – Marinka, zdaje się potwierdzać bezkompromisowość Korczaka: czuć było w domu, że jest tam miejsce tylko dla jednego artysty. Ojciec nigdy nie pokazał mi żadnych ze swoich sztuczek rzeźbiarskich. Uczyłam się wszystkiego sama, obserwując rysy na skale. Wbrew małym burzom towarzyszącym rodzinie Ziółkowskich, jego dzieci związały swoje życie z Szalonym Koniem. Siedmioro bierze udział w tworzeniu pomnika i jak przyznaje Marinka Kiedy odejdzie Ruth, cała nasza dziesiątka będzie wezwana do wspólnej pracy.

Pęknięte serce

Korczak Ziółkowski zmarł nagle 20 października 1982 roku, licząc siedemdziesiąt cztery lata. Doznał zawału serca w miejscu pracy, na górze Black Hills. Jego zwłoki złożono w przygotowanym wcześniej, własnoręcznie wykutym, skromnym grobowcu u stóp kamiennego wzniesienia. Napis również wykonał sam artysta: Korczak. Gawędziarz opowiadający w kamieniu. Niech to co go przypomina pozostanie nieznane. Kondolencje po jego śmierci na ręce żony i dzieci nadchodziły z całej Ameryki. Jego nazwisko znaleźć można w Encyclopedia Britannica oraz Word Biography. Ponadto, na temat Ziółkowskiego ukazało się wiele tekstów zarówno w prasie, jak i internecie oraz w różnych publikacjach książkowych. Fundacja, jaką powołano przy Crazy Horse Memorial bez przerwy wydaje liczne broszury, albumy, DVD i inne.

Magia

Jak mówi legenda przed śmiercią Crazy Horse zapowiedział wojownikom, że powróci  z powrotem… w kamieniu. Pomocy w dotrzymaniu obietnicy użyczył wodzowi Amerykanin z polskimi korzeniami – Korczak Ziółkowski. Jak twierdzą niektórzy Indianie fakt ten nie jest bez znaczenia. 6 września 1877 roku zmarł Crazy Horse, a w trzydzieści jeden lat później również dnia 6 września urodził się Ziółkowski. Pomnik Crazy Horse ma być dziesięć razy większy od głów prezydentów w Mount Rushmore, w rzeźbieniu których udział miał i Korczak. Ponadto, ma być większy od piramid w Gizie. Symbolika pomnika sięga dalej. Miejsce, w którym powstaje rzeźba i cały towarzyszący jej ośrodek leży nieopodal miejscowości Custer. Nazwa ta pochodzi od nazwiska gen. Georga Custera, którego w bitwie pod Little Big Horn pokonał właśnie Crazy Horse.

Fundacja

Przy Crazy Horse Memorial powołano do życia fundacje, o tej samej nazwie. Jej głównym celem jest dokończenie prac jakie zaczął Korczak. Organizacja działa bezprofitowo. Wspierana jest przez honorowych darczyńców, lecz głównie utrzymuje się z turystyki. Dzięki temu, iż na terenie związanym z pomnikiem znajduje się całe centrum poświęcone Indianom, zwiedzający oprócz podziwiania góry i wyrzeźbionej w niej twarzy Wodza, mogą również zwiedzać muzeum, oglądać filmy, książki oraz brać udział w innych inicjatywach organizowanych na tym terenie. Rok rocznie, w dniu śmierci Ziółkowskiego odbywa się marsz do jego grobowca. Celem pochodu jest podtrzymanie pamięci o słuszności idei jakie prezentował walcząc o stworzenie pomnika.  Wszelkie informacje na temat przedsięwzięcia, a nawet możliwość zobaczenia Crazy Horse przez całodobową kamerę można uzyskać przez stronę internetową:  www.crazyhorsememorial.org.

Walka w kamieniu

Historia Stanów Zjednoczonych pełna jest miejsc chwały, postępu ale i krwawych, niechlubnych stron. Dwa pomniki stworzone w jednych górach stają się narzędziem walki. Prezydenci z Mount Rushmore  i Crazy Horse Memorial. Obydwie rzeźby upamiętniają rację dwóch narodów. Symbole mocarstwa, a zarazem zbrodni popełnianych na mieszkańcach kontynentu. Crazy Horse ma jeszcze jedną misje – pojednanie.

Podziękowania

Składam serdecznie podziękowania Ruth Ziółkowski, która zgodziła się na udostępnienie zdjęć z archiwum Crazy Horse Foundation oraz pozwoliła na ich opublikowanie w niniejszym artykule. Ponadto, dziękuje Patt Dobbs za dobre słowa, sprawne działanie oraz okazaną chęć pomocy.

Trzynastu młodych w Warce, „Sztuka.pl – Gazeta Antykwaryczna“, Kraków, wrzesień 2007, nr 9 (138), s. 112.

Sztuka.pl, 2007

Stany Zjednoczone, to jedno z najpopularniejszych miejsc na Ziemi, gdzie ciągną niekończące się pielgrzymki twórczych umysłów. Znaczącą grupą, która od wieków rozwija artystyczną bohemę Ameryki, są Polacy. Obraz tego środowiska, to mozaika szkiełek w kalejdoskopie, nieskończona ilość możliwości i kolorowych układów.

Próbę przybliżenia artystycznego świata, istniejącego tysiące mil od Polski, podjęło Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego w Warce. Od 1 lipca do 3 września, w dwóch salach starego dworku, oglądać można wystawę zatytułowaną „Młoda Polska” w USA.

Niewielka, bo zbudowana na zaledwie 32 pracach ekspozycja, to prospekt przedstawiający portrety współczesnych artystów. Przygotowana wystawa stanowi zbiorowy przegląd młodego pokolenia Polaków tworzących w USA. Prezentuje tych twórców, do których udało nam się dotrzeć i którzy odpowiedzieli na nasze zaproszenie – przyznaje pomysłodawczyni i organizatorka ekspozycji Iwona Stefaniak, dyrektor Muzeum. W Warce zaprezentowano klasyczne płótna, fotografie, ilustracje, rysunki, akwarele, ale i trójwymiarowe instalacje. W wystawie udział wzięło trzynaście osób.

Anita Flejter zajmuje się malarstwem, grafiką i konserwacją dzieł sztuki. Prace ruchome, jak błysk światła, przepełnia aspekt osobisty i znaczny ładunek emocjonalny. Opisuję mój świat dziełami sztuki, ponieważ nie znam odpowiednich słów – twierdzi Flejter.

Zupełnie inny format sztuki pokazuje Natalia Leśniak. Trójwymiar, forma na płaszczyźnie i collage, to trzy główne fascynacje młodej artystki. Dążąc do uzyskania sposobu na porozumienie ze współczesnym światem, wykorzystuje osiągnięcia ludzkości: popkulturę, gry komputerowe i zabawki.

Kasia Polkowska tworzy sztukę lekką i dziewczęcą, jednak przesiąknięta nostalgią i „dorosłością”. W najnowszych pracach Polkowskiej zobaczyć można zainteresowanie architekturą (głównie Meksyku), w surrealistycznym ujęciu.

Edward Wolowski, Amerykanin z polskimi korzeniami, to znany na scenie amerykańskiej i polskiej artysta – obserwator. Tworzy własny rodzaj sztuki sytuacyjno-socjologicznej, opartej na paradoksach społecznych. Zafascynowany polską hipokryzją, obecnie poszerza twórczość o aspekty amerykańskie.

Na wystawie prace zaprezentowali również: Agnieszka Cichy, Inga Folta, Klara Landrat, Natalia Leginowicz, Adam Łapiński, Patrycja Maciesz, Piotr Panszczyk, Stefan Sierhej i Artur Skowron.

Nie ma między nimi wiążącej nici ideowej, czy tematycznej. Wspólny jest kraj pochodzenia. Jedno też mają zajęcie – sztukę. Niektórzy tworzą hobbistycznie, innym udało się powiązać pasje z pracą.

Wystawa „Młoda Polska” w USA, to mieszanka osobowo – twórcza dająca ciekawy, choć niepełny obraz dokonań młodych artystów w Stanach Zjednoczonych. Jednocześnie, stała się możliwością zaznaczenia istnienia mało znanym lub zupełnie nie odkrytym twórcom, przypominając o istnieniu polskiego świata sztuki w dalekiej Ameryce.

Fragmenty mozaiki, [w:] „Młoda Polska” w USA, katalog wystawy w Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego w Warce, 1 lipca – 3 września 2007, bns, [katalog wystawy].

Zaproszenie na wystawę

Kuszący różnymi błyskotkami mityczny raj, wolność, niegasnąca swoboda twórcza, najlepsza droga kariery, istniejący rynek sztuki, rozwój ale i ucieczka. Stany Zjednoczone, to nadal najpopularniejsze na ziemi miejsce dla twórczych umysłów. Znaczącą grupą, która od wieków rozwija bohemę amerykańską są Polacy. Ich obraz, to mozaika szkiełek w kalejdoskopie, czyli nieskończona ilość możliwości i kolorowych nie odkrytych układów.

Najmłodszą, polską scenę artystyczną w USA opisać można w różnoraki sposób. W zależności od emigracyjnego pochodzenia w społeczności tej pojawiają się: klasyczni emigranci, Amerykanie z polskimi korzeniami, osoby, które do dziesiątego roku życia przybyły za Ocean z rodzicami, czy urodzeni już w nowym kraju – Polscy Amerykanie.

Wernisaż wystawy w Warce, foto. A.S.

Ich wykształcenie i pozycja, tak jak wiek, czy osiągnięcia są bardzo różne. Jedno, co łączy te specyficzne osobowości, to brak zgrupowania i jedności. Kolonie wyznacza się obecnie tylko umownie, jako obszar zamieszkania, głównie związany z danym miastem, czy nawet stanem.

Sposobem na zaistnienie w pierwotnym środowisku narodowym, a później może i na szerszej scenie stają się znajomości, polonijne spotkania, czy przynależność do istniejących już stowarzyszeń artystycznych. Wbrew pozorom, stanowi to drogę ciężką i często prowadzącą do martwego punktu. Taka specyfika środowiska uwarunkowana jest charakterem kraju jakim są Stany Zjednoczone.

Muzeum w Warce, foto. A.S.

Artyści często wybierają drogę projektanta graficznego czy ilustratora, aby osiągnąć godziwy poziom egzystencji i nie zerwać ze sztuką. Innym, udaje się wejść w struktury akademickie lub konserwatorskie, pozostali muszą przekształcić działania artystyczne w hobby.

Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego w Warce odważyło się na ryzykowne przedsięwzięcie, którego celem jest pokazanie polskiej, najmłodszej sceny artystycznej. Skupione wokół tej koncepcji działania przysporzyły wiele kłopotów i trudności, lecz w rezultacie doprowadziły do całkiem ciekawej ekspozycji.

Piknik Vivat Pułaski!, foto. P.S.

Trzynaście nazwisk, trzynaście historii, trzynaście charakterów i trzynaście poziomów twórczych. Przy artystach wybuchających talentem i możliwościami, na wystawie pokazują swoje prace „emeryci martwych natur”, technicznie wyszkoleni twórcy, jak również „noworodki”, które dopiero co poszukują własnej sztuki. Pojawiają się dzieła nierówne: wyborne artystycznie, ale i mniej ciekawe. Wystawa prezentuje klasyczne płótna, fotografie, ilustracje, jak również nowoczesne media. Ekspozycja niewielka, przyczynia się jednak znacząco do przypomnienia o istnieniu rodzimej sztuki, także setki mil poza Polską.

Piknik Vivat Pułaski!, foto. P.S.

Stany Zjednoczone stanowią nierozerwalną część historii naszego kraju. Polacy tworzyli i tworzą państwowość, historię i kulturę Stanów Zjednoczonych. Wszyscy, którzy podejmują odważną decyzje o emigracji, nawet kiedy wsiąkną głęboko w nowe środowisko, czy są już rodzimymi mieszkańcami, pozostają Polakami. Znaczącym staje się dla nich, zwłaszcza dla artystów, zainteresowanie płynące z ojczystego kraju.

Warka w Warce, foto. P.S.

Ekspozycja w Warce daje możliwość zaprezentowania się osobom, które niejednokrotnie stawiają pierwsze kroki w swoim artystycznym życiu. Poza tym, umożliwia zapisanie się w świadomości ludzkiej, a tym samym w historii, co dla człowieka żyjącego w tak specyficznym miejscu jak USA, jest nieocenione.

Agnieszka w mieście, „Nowy Dziennik“, Nowy Jork, 22 maja 2007, s. 16.

Obrazy A. Szyfter, Nowy Jork, foto. A.S.

Przenoszenie gór to wymagające, ale ciekawe zajęcie. Występuje ono w życiorysie polskiej artystki – Agnieszki Szyfter, która z wielką siłą realizuje, nawet najmniej prawdopodobne marzenia. Obecnie zmierza na podbój nowojorskiej sceny plastycznej.

Nowy Jork odwiedza dopiero drugi raz. Gdy przyjechała z pierwszą wizytą, znała jedną osobę. Po kilku dniach sprzedała pierwszą prace. Po tygodniu zaproponowano jej spotkanie, które zaowocowało propozycją zorganizowania wystawy. Ekspozycja otwarta została 5 maja 2007 r., w ciekawej dzielnicy, na bliskim Brooklynie, w niemniej fascynującym Salonie de Quartier, przy Smith Street.

Obrazy A. Szyfter, Nowy Jork, foto. A.S.

Lokal na codzień zajmujący się fryzjerstwem i kosmetyką młoda i charyzmatyczna właścicielka przemieniła na miesiąc w galerię. Pomiędzy lustrami, nad kanapami i stołami, przy półce z różnymi specyfikami zawisły akrylowe i olejne obrazy oraz grafiki Agnieszki Szyfter.

Obrazy A. Szyfter, Nowy Jork, foto. A.S.

Wybuchające kolorem, a oszczędne w formie i tematyce, małe i duże formaty złożyły sie na przeglądową ekspozycje artystki. Wystawa zatytułowana „Girl in the City”, dedykowała została kobietom oraz miastu snów – Nowemu Jorkowi.

Agnieszka Szyfter na codzień mieszka z sześcioletnim synkiem w Warszawie. Posiada dyplom Magistra Inżynierii Biomedycznej, jednak sercem, umysłem i czynami zawsze związana była ze sztuką. Przez pewien czas studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, a od lat zajmuje się reklamą i designem.

Obrazy A. Szyfter, Nowy Jork, foto. A.S.

Ulubionym, a zarazem głównym motywem dzieł plastycznych, jakie tworzy są kobiety. Przedstawiane w scenach zbiorowych, samotnych aktach i na portretach. Matki, tancerki, bywalczynie salonów i nocnych klubów, wyprowadzające psa… Umieszczane na tle charakterystycznych rysów architektury Manhattanu. Wypełniającą miasto duszą, staja się jego mitycznymi muzami. Grafiki Szyfter poszerzają tematykę twórczości o sceny zbiorowe kłębiących i zazębiających się postaci, lecz są bardziej oszczędne w formie i kolorze.

Obrazy dekoracyjne, oparte na doświadczeniach designu, przywodzą na myśl oddziaływania starożytnej sztuki Egiptu, twarze afrykańskich masek, linie Henri Matissea, pola sztuki Jerzego Nowosielskiego. W grafikach widoczne fascynacje Pablem Picasso, łączą się z elementami komiksów.

Artystka podczas wernisażu, Nowy Jork, foto. A.S.

Artystka przyznaje, iż przedstawia ludzi realnych, spotkanych osobiście. Rysy twarzy i postacie przetwarza, uwydatniając pewne atrybuty i znaczące cechy. Maluje schematycznie, lecz z wielką siłą i pewnością siebie. Psychologizuje, chcąc ukazać ducha, myśli, czy nastrój towarzyszący danej osobie. Niemniej jednak, taka głębia w pracach jest mało widoczna. Widz atakowany pięknym, czystym i odważnym kolorem, ekspresją oraz ciężkim przetwarzaniem, pomija w odbiorze kolejne warstwy przekazu. Malarstwo Szyfter nie traci na tym, a nawet zyskuje. Dzięki optymizmowi i pewnej niezwykłej atmosferze oddziaływuje pozytywnie i staje się miłym widowiskiem dla oka.

Wystawa Agnieszki Szyfter „Girl in the City” czynna od 5 maja do 3 czerwca. Salon de Quartier, 206 Smith Street, Brooklyn/Cobble Hill, New York 11201, tel. 718.246.7244.