Posts Tagged ‘Szymon Bojko’

Tekst autorstwa Szymona Bojko, „U źródeł autentyczności – Jacek Wilewski, artysta niechciany”, opublikowany został na łamach Obieg.pl, w 2009 roku.

„Szaleństwo w obsesji jednego tematu: ciało kobiety. Erotyzm egzystencjalny, zakotwiczony w dzieciństwie, odwołujący się do mitu pramatki ziemi, symbolu prapoczątku rzeczy. Psychoanaliza przemieszana z dojrzałą, filozoficzną motywacją swojej sztuki. Spontanicznie uświadomiłem sobie, że występuje tu pokrewieństwo z motywem w kulturze literackiej Francji końca XIX w., zwanym les poetes maudits (przeklęci), z nich, okrytych sławą, Verlaine, Rimbaud. Historia lubi analogie…”.

Całość: http://www.obieg.pl/prezentacje/6051  

Reklamy

Kreską po Oceanie, „TygiEl. Kwartalnik Elbląski”, nr 1-2/58-59, lipiec 2010, s. 83-91.

Ilustratorstwo uznać można za dziedzinę sztuki, w której Polacy wykazywali się i wykazują znaczącymi osiągnięciami. Nie są to działania spektakularne, lecz pozostawiające ślad w historii sztuki powszechnej, co samo w sobie stanowi niezwykłą wartość i jest sporym dokonaniem.

Specyficznie i po amerykańsku

W. T. Benda, okładka magazynu „McCall’s”, 1919, zb. prywatne, foto. A.S.

Kraj potocznie zwany „Ameryką”, to stworzone z 50 podstawowych jednostek administracyjnych – Stanów, trzecie co do wielkości państwo świata. Jego gigantyzm, zmienność i wielokulturowość nie ułatwiają postaciom ludzkim bycia zapamiętanym przez przyszłe pokolenia poznające historię danego miejsca. Zważywszy na specyfikę, którą wykazują się Stany Zjednoczone zarówno w warstwie społecznej, ekonomicznej jak i w rynku sztuki bycie artystą, którego nazwisko pojawiło się w prasie czy – co ważniejsze – jest notowane w wynikach aukcyjnych stanowi nie lada wyczyn. Dodatkowym utrudnieniem jest bycie przyjezdnym – emigrantem, który musi poznać, zaakceptować i dostosować się w niezwykle szybkim czasie do innych realiów życia i działania.

Egzotyczne dziewczyny Władzia

Jednym z najważniejszych – lecz ciągle nie opracowanym – amerykańskim artystą o korzeniach polskich jest Władysław Teodor Benda i od tego to nazwiska podróż przez ilustrację polską w USA rozpoczynać należy.

W. T. Benda, okładka magazynu „The Shrine”, 1927, zb. prywatne, foto. A. S.

W. T. Benda urodził się w Poznaniu, jako syn Szymona i Xawery z Sikorskich. W wieku lat 25 wraz z rodzicami i dwiema siostrami zjawił się na przystani Nowego Kontynentu. Rodzina w Polsce cierpiała niedostatek, dlatego też zaproszona została do Stanów Zjednoczonych przez ciotkę (siostrę ojca) – Helenę Modrzejewską. Pani Modjeska będąca wtedy u progu dobrze zaplanowanej kariery teatralnej pomogła bratankowi w szybkiej asymilacji. Tuż po przyjeździe W. T Benda wykonał dla artystki projekty scenografii i kostiumów przeznaczonych do ozdoby debiutu na deskach Baldwin Theatre w San Francisco. Potem, dzięki finansowej pomocy ciotki, kontynuował swą edukację artystyczną w szkołach w San Francisco (wcześniej kształcił się w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie oraz w Szkole Sztuk Pięknych Heinricha Strehblowa w Wiedniu). Prawdopodobnie, jak podaje w krótkiej biografii artysty Andrzej Ryszkiewicz [SAP, t.1, s. 128-129], W. T. Benda prowadził również własną szkołę malarstwa w Los Angeles.

Cztery lata po przyjeździe do nowego kraju artysta wyruszył na podbój Nowego Jorku. Z miastem tym związał całe swoje życie. To tutaj zyskał uznanie jako artysta, stał się mężem i ojcem, był aktywnym działaczem i uczestnikiem życia publiczno-towarzyskiego, tutaj też przy dźwiękach ukochanej muzyki Chopina odbył się jego pogrzeb.

W. T. Benda, życzenia świąteczne – rysunek tuszem, zb. prywatne, foto. A.S.

Działalność ilustratorską w Stanach Zjednoczonych W. T. Benda rozpoczął jako etatowy rysownik w American Lithographic Company. Niedługo potem poznał redaktora artystycznego poczytnego wówczas magazynu „Scribner’s”, co też zaowocowało pierwszym poważnym, artystycznym zleceniem na ilustrację. Prawdopodobnie W. T. Benda wykonał wtedy cztery rysunki do opowiadania autorstwa Victora Hendersona, pod tytułem „The strike at the little Maggie” [„Scribner’s Magazine”, v. XLV, February 1909]. Zdarzenie powyższe otworzyło mu drogę na łama innych amerykańskich czasopism, a także stało się swoistym preludium udanej kariery ilustratorskiej.

Epicentrum twórczości rysunkowej W. T. Bendy wpisuje się doskonale w tzw. „Złotą Erę Ilustracji Amerykańskiej”, czyli okres w którym ten rodzaj działań artystycznych zyskał największą popularność i stał się niejako sztandarowym tworem Nowego Kontynentu. Ilustratorzy zatrudniani przez magazyny, czy też różnego rodzaju profesjonalne firmy zarabiali spore kwoty. Twórcy ilustracji byli artystami uznanymi zarówno na salonach, jak i przez kręgi profesjonalnych znawców sztuki. Traktowani jako eksperci stawali się głosami swego czasu, a ich kariery nie ustępowały dokonaniom malarzy czy rzeźbiarzy. W końcu różnica między ilustratorem, a innym artystą była taka, że ten pierwszy „je posiłki trzy razy dziennie i ma wystarczająco dużo pieniędzy, żeby za nie zapłacić” – jak mawiał cytowany przez Marka Bartelika znany, amerykański ilustrator James Montgomery Flagg.

W. T. Benda wymieniany jest jako jeden z wielu filarów „Złotej Ery” w Stanach Zjednoczonych. Doskonale świadczyć o tym mogą liczne tytuły magazynów, które korzystały regularnie z jego usług, czy też obfita korespondencja prywatna artysty z czołowymi ilustratorami amerykańskimi, wydawcami, reżyserami czy stowarzyszeniami oraz występowanie jego nazwiska w opracowaniach dotyczących historii ilustracji amerykańskiej.

W. T. Benda, rysunek piórkiem, 1906, zb. prywatne, foto. A.S.

Jego dzieła zdobiły kartki takich czasopism jak: „Century Magazine”, „McClure’s Magazine”, „Saturday Evening Post”, „Life”, „Scribner’s Magazine”, „Hearst Magazine”, „American”, „Ladies’ Home Journal”. Poza rysunkami do gazet W. T. Benda wykonywał także ilustracje książek. Często jedno i drugie było ze sobą nierozerwalnie związane, dlatego, że w okresie tym wydanie książki poprzedzane było publikowaniem jej fragmentów na łamach jakiegoś magazynu. W. T. Benda był autorem dzieł do utworów takich pisarzy jak: Arthur Conan Doyle, Rudyard Kipling, Louis Stevenson, czy James Curwood. Z rycinami jego autorstwa ukazał się przekład powieści Zofii Nałkowskiej „Woman”. Ponadto prace W. T. Bendy wykorzystywane były w kampaniach reklamowych przedsiębiorstw, w tym: Metropolitan Life, czy Ivory Soap.

Artysta tworzył także liczne plakaty, co głównie miało związek z jego aktywnym zaangażowaniem w życie społeczne oraz było wyrazem niegasnącego sentymentu jaki żywił do rodzimego kraju. Druki te służyły miedzy innymi nawoływaniu do rekrutacji wojskowej, zarówno w Polsce jak i Ameryce, podczas obydwóch wojen światowych. Ukazywały również losy Polaków: głodujące dzieci, zniszczone domy, czy zdewastowaną po Powstaniu Warszawskim stolicę, aby wzbudzić w ludziach chęć pomocy i zaktywizować do charytatywnych działań na rzecz Polski. Niektóre plakaty zobaczyć można w SWAP w Nowym Jorku oraz w Polish Museum of America w Chicago, gdzie niedawno odkryte przez kustoszkę placówki Monikę Nowak ujrzały światło dzienne i miejmy nadzieję zyskają należny szacunek.

W. T. Benda, okładka magazynu „McCall’s”, 1919, zb. prywatne, foto. A.S.

W. T. Benda określany bywa „mistrzem lirycznego piękna”. Jego dzieła charakteryzuje specyficzny styl,  w którym widoczna jest pewna egzotyka i odmienność od proponowanych w ówczesnej Ameryce wzorców. Stworzył on nieco inny obraz kobiety, zwanej „Benda’s Girl” – zadumanej, pełnej uczuć, myśli i tajemnic – który do dziś wzbudza zaciekawienie w odbiorcach i znawcach sztuki. Ponadto W. T. Benda wychowany i kształcony w Europie używa w swoich pracach symboli, często w Ameryce nie występujących i tym samym niezrozumiałych. Artysta czerpał je najczęściej z polskich, ludowych zwyczajów (na przykład wykorzystywał motyw Krakowiaka – ludowego tańca i specyficzne stroje z pawimi piórami) czy religii i opowieści biblijnych.

Był artystą wszechstronnie utalentowanym. Tworzył nie tylko ilustracje ale również malarstwo sztalugowe i freski; maski teatralne (co stało się jego największym i najpopularniejszym artystycznym osiągnięciem); projektował i wytwarzał meble, kostiumy; był rzeźbiarzem; publicysta i pisarzem oraz aktorem. Zmarł na atak serca przed rozpoczęciem autorskiego wykładu o maskach, w 1948 roku.

Żydowskie motywy i wojna

Przeglądając katalogi domów aukcyjnych, takich jak np. The Illustration House w Nowym Jorku napotkać można nazwisko Artura Szyka. Jego rodzice pochodzili z Rosji. Ojciec piastował stanowisko dyrektora w fabryce włókienniczej „Zindel i Spółka” w Moskwie, lecz z powodów politycznych musiał uciekać i wraz z rodziną osiedlił się w Łodzi. W tym też mieście w 1894 roku życie swe rozpoczął artysta.

Jak wspomina biograf twórcy – S. L. Shneiderman, A. Szyk od dziecka wykazywał niezwykły talent. Rodzice posłali go na lekcje malarstwa do Jakuba Kacenbogena, a później na studia do Francji. W czasie pierwszej wojny światowej A. Szyk przebywał w rodzinnej Łodzi, gdzie zasłynął jako autor trafnych karykatur. Podróżował do Palestyny, a w 1921 roku wyjechał raz jeszcze do Paryża, a potem Londynu. W czasie drugiej wojny światowej przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiadł na stałe.

S. L. Shneiderman pisze o twórczości A. Szyka „[…] nawiązywał do średniowiecznych iluminatorów, jednak za każdym razem odciskał na swym dziele piętno bujnej osobowości i własnych koncepcji historiozoficznych”. Z jego dzieł oprócz dogłębnej znajomości literatury, Biblii oraz technik artystycznych, przebija kultura i styl charakterystyczny dla środowiska żydowskiego. Był bez wątpienia artystą znającym, pielęgnującym i doceniającym swoje korzenie, które poznał dzięki pobytowi w Paryżu właśnie. Tam w zaułkach dzielnicy Belleville i na wzgórzach Montparnasse spotykał się z żydowską inteligencją, głównie uciekinierami z Rosji i Polski. W jednym z oświadczeń prasowych A. Szyk tak mówił o swojej sztuce: „Jestem przede wszystkim artystą żydowskim, który dąży do tego, aby dzieła jego dotarły nie tylko do kilku bogatych snobów, ale by trafiły do każdego żydowskiego mieszkania. Byłoby więc nonsensem przybycie do szerokich rzesz narodu z kubistycznymi i niezrozumiałymi kompozycjami”.

A. Szyk to bez wątpienie mistrz małej formy. Zasłynął jako cięty karykaturzysta, satyryk polityczny i ilustrator. Jego dzieła charakteryzował nieco perski styl. Pełne były bordiur; ozdobników; tłumów ściśniętych w małych kadrach, odzianych w dekoracyjne i bogate stroje postaci ludzkich. Oprócz rysunków politycznych, jak cykl „Rewolucja w Niemczech”, A. Szyk stworzył miniatury do „Statutu Kaliskiego”, 40 miniatur o walce i wkładzie Polaków w tworzenie amerykańskiej demokracji (Kościuszko, Pułaski, pierwsi polscy osadnicy). Ilustrował również „Hagadę”, która zyskała niezwykły rozgłos po wystawie w Londynie z 1939 roku. Wtedy to – jak podaje S. L. Shneidermanem – gazeta „New Chronicle” określiła wyżej wspominaną pracę jako najdroższe dzieło żyjącego artysty, a każda strona wyceniona została na ok. 500 dolarów.

Satyry polityczne A. Szyka osiągnęły swe apogeum w momencie wybuchu drugiej wojny światowej i w miarę dopływu wstrząsających wiadomości o wydarzeniach z Polski (rodzina A. Szyka była jedną z pierwszych ofiar w łódzkim getcie). Artysta chwycił za „broń” i prowadził prywatną wojnę przeciwko znienawidzonemu wrogowi. Tworzył okrutne i wymowne rysunki, na których przedstawiał na przykład „Hitlera pałaszującego z rozkoszą ludzkie mięso z wielkiego półmiska”. W Ameryce ukazała się książka z jego ilustracjami zatytułowana „Nowy Ład”, gdzie na jednym z rysunków widniał Hitler, pod którego nogami niczym skóra zwierzęcia umieszczone zostało ciało Żyda z napisem „półczłowiek”. Były to przedstawienia szokujące, ale jakże dosadnie przedstawiające realia panującego wówczas terroru. Rysunki A. Szyka ukazywały się na okładkach takich czasopism jak „Collier’s”, a recenzje z wystaw publikował między innymi „New York Times”.

Ostatnim dziełem wcześnie zmarłego ilustratora była „Księga Hioba”, której głównym przesłaniem była chęć zachowania pamięci o okrutnych czasach hitlerowskich rządów w Europie. A. Szyk zmarł w Ameryce w wieku 57 lat, był po jednym ataku serca.

Kanarek za Oceanem

Pozostając w kręgu lat trzydziestych XX wieku wspomnieć należy o zorganizowanej w  1939 roku w Nowym Jorku wielkiej Wystawie Światowej, podczas której otwarto również i polski pawilon. Niestety rzecz ta zbiegła się z tragicznym wybuchem drugiej wojny światowej w Europie. Dwa powyższe czynniki kolejno sprowadziły i zatrzymały na Nowym Kontynencie malarza – Eliasza Kanarka.

Artysta ten urodził się prawdopodobnie w 1901 roku w Warszawie. Przybył do USA jako pasażer statku „SS Batory”, a celem jego podróży było tworzenie wspominanego powyżej pawilonu. Jak podaje w autorskim „Vademecum” Stanisław Jordanowski – Eliasz Kanarek „w dziale „Lasy” olejem i temperą namalował fryz”. Brał także udział w tworzeniu przez Bractwo Św. Łukasza, którego był członkiem, siedmiu płócien historycznych przeznaczonych do sali honorowej pawilonu polskiego z Wystawy Światowej.

A wszystko zaczęło się od studiów w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie i znajomości z Tadeuszem Pruszkowskim – wybitnym artystą, uznanym profesorem i niezwykle czynnym działaczem społecznym, który był założycielem wspominanego Bractwa Św. Łukasza i wielu innych działających w Polsce organizacji artystyczno-społecznych. T. Pruszkowski nauczyciel i poplecznik E. Kanarka zaangażował artystę w działania Bractwa Łukaszowców, co znacząco wpłynęło na dalsze losy artysty.

Przebywając w Polsce w latach 30-tych E. Kanarek zajmował się scenografią m.in. do filmu Józefa Lejtesa, pt. „Dzikie pola”, ilustracją książkową i reklamową oraz rysunkami prasowymi, które tworzył na przykład dla tygodnika „Szpilki”. Dużo więcej działał na polu malarstwa portretowego.

Gdy w związku z wybuchem drugiej wojny zdecydował się pozostać na ternie USA rozpoczął pracę w Amerykańskim Czerwonym Krzyżu w Waszyngtonie. Potem, jak podaje Stanisław Jordanowski, przebywał w Kalifornii, a następnie przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie zamieszkiwał w budynku miejskiej bohemy artystycznej na rogu 57 Ulicy i 6 Alei. Upodobań artystycznych nie zmienił i zajmował się malarstwem portretowym. Stworzył podobizny m.in.: Lawrence Rockefeller czy Elizabeth Taylor, był także rysownikiem. Zmarł w wieku lat 67 w Stanach Zjednoczonych. Pomimo tego, iż jego malarstwo pojawia się na aukcjach, jak również jest kupowane przez prywatnych kolekcjonerów postać ta nie jest rozpoznawalna i znika w odmętach historii.

Koniec XX wieku przysyła

A. Niklewicz, Monument to Borscht, Nowy Jork 2009, foto. A.S.

Szymon Bojko w tekście z katalogu do wystawy „Jesteśmy”, która odbyła się w warszawskiej Zachęcie w 1991 roku pisze – „[…] nie będzie większej przesady w stwierdzeniu, że dopiero w latach siedemdziesiątych [XX wieku – przyp. autorki] wystąpił po raz pierwszy na taką skalę napływ nowych sił twórczych z Polski. […] najazd na Nowy Jork zwłaszcza i Los Angeles, czy szerzej biorąc Kalifornię przybrał niespodziewane przedtem rozmiary. […] Wiadomo, że wielu przybyło przed stanem wojennym, bez intencji pozostania. Część artystów opuszczając kraj nie miała innego wyboru”.

To właśnie koniec XX wieku otwiera niezwykła listę polskich artystów, który w Stanach Zjednoczonych zdobyli uznanie jako ilustratorzy. Wielu z nich, pomimo sukcesów, odeszło od tego rodzaju działań i próbowało poświęcić się innym aktywnością związany z malarstwem sztalugowym, instalacjami, czy konserwatorstwem. Niewątpliwie jednak ich najbardziej wymiernymi działaniami pozostają zlecenia ilustratorskie. Nazwisk, które znaleźć się powinny w tym miejscu będzie zbyt dużo, dlatego też wymienionych zostanie zaledwie kilka, a opisanych jeszcze mniej. Jan Sawka, Andrzej Kenda, Andrzej Czeczot, Rafał Olbiński, Adam Niklewicz, Janusz Kapusta, Andrzej Dudziński,  Bartek i Leo Małysa – to ci nieliczni.

Kolory lirycznego surrealisty

R. Olbiński, plakat Polish American Art Salon, zb. prywatne, foto. A.S.

O Rafale Olbińskim mówi się i pisze dosyć dużo. Jest postacią rozpoznawalną zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i Polsce. Jego historia zaczyna się w Kielcach, gdzie urodził się w 1943 lub 1945 roku. Z wykształcenia jest architektem z dyplomem Politechniki Warszawskiej. W Stanach Zjednoczonych zjawił się we wrześniu 1981 roku i była to już jego trzecia wyprawa. Jak podaje biografka artysty – Izabela Gabrielson – powodem wyjazdu stała się wystawa plakatów jazzowych w Polsko-Amerykańskim Instytucie Naukowym. W związku z obwołaniem Stanu Wojennego postanowił pozostać na czas jakiś za Oceanem. Decyzji swej nie zmienił do dnia dzisiejszego, gdyż nadal jest rezydentem miasta Nowy Jork.
Artysta rozpoczyna swoją ilustratorską karierę od znajomości z dyrektorem artystycznym magazynu „Psychology Today” – Peterem Kramerem. „Spodobał mu się styl Olbińskiego i wkrótce zaproponował [artyście] wykonanie okładki ilustrującej temat bezsenności, któremu poświecone było jedno z wydań magazynu. Olbiński stworzył ilustrację przedstawiającą portret mężczyzny z dwoma budzikami przy uszach przywiązanymi sznurem opasującym jego głowę. Ilustracja ta nawiązywała kompozycyjnie do plakatu “Człowiek z żelaza” anonsującego film Andrzeja Wajdy z 1979 roku. W ten sposób […] zarobił pierwsze 1500 dolarów w Nowym Jorku” – wspomina Izabela Gabrielson. Po pierwszym zaoceanicznym sukcesie R. Olbiński wyruszył na podbój gigantów rynku. Współpracował z Jerelle Kraus dyrektorką artystyczną działu Op-Ed gazety „New York Times”, a trzy lata po debiucie na łamach „Psychology Today” wykonał pierwszą okładkę dla magazynu „Time”.
R. Olbiński to twórca plakatów, okładek płyt i innych popularnych form graficznych. Współpracował z takimi tytułami jak: „Jazz Forum”, „Newsweek”, „Time”, „Business Week”, „The New York Times”, “Playboy”, „Charaktery” i wiele innych. Przez lata projektował plakaty dla New York City Opera, Cincinnati Opera. Jest artystą docenianym. Jak wyliczają autorzy wystawy w Muzeum w Warce (1999) – R. Olbiński otrzymał ponad 100 nagród, były to m.in. złoty medal American Society of Illustrators i Art Director’s Club w Nowym Jorku, pierwsza nagroda w konkursie „Nowy Jork stolicą świata” z 1995 roku, czy też międzynarodowa nagroda dla najlepszego plakatu – Prix Savignac w Paryżu.
Jego styl ilustratorski płynnie łączy zdecydowanie rysowane postaci, stanowiące główny motyw twórczości R. Olbińskiego, z surrealistycznym otoczeniem zabierającym widza w najdalsze zakątki odrealnionej rzeczywistości z wyobraźni artysty. Dzieła R. Olbińskiego stanowią bajkę o pięknych ludziach zatopionych w kulturze i sztuce. W recenzjach dotyczących jego twórczości dominują określenia literackie podkreślające liryzm i poetyckość jaka kryje się w jego dorobku. Ważnym w sztuce artysty jest niezwykle mocna i zazwyczaj ciepła kolorystyka. Dzieła jego przywodzą na myśl twórczość Rene Magritte, ale zawierają w sobie również filozofię Salvadore Daliego. Jak pisze Steve Heller Senior Art Director gazety “New York Times” – “Olbiński nasycił swoje prace wyraźną metaforyczną strukturą, kiedy w tym samym czasie jego malunki okazują przedmiotową wirtuozerię dziewiętnastowiecznych amerykańskich malarzy Thomasa Eakinsa i Roberta Henriego”. Artysta działa na polach grafiki użytkowej, ale próbuje również swoich sił w malarstwie sztalugowym.

Przemyślane korzenie Adama

A. Niklewicz, zaproszenie na przyjęcie świąteczne do Galerii PAAS, Nowy Jork 1989, zb. prywatne, foto. A.S.

Innym zupełnie zjawiskiem, jak i postacią o całkiem odmiennej historii jest Adam Niklewicz ilustrator i twórca instalacji. A. Niklewicz urodził się w 1957 roku w Zamościu i tutaj ukończył liceum plastyczne. Do Stanów Zjednoczonych wyjechał w 1983 roku. Przybył do Missouri, do miejscowości St. Louis, gdzie szybko rozpoczął naukę na Wydziale Grafiki Washington University. Marek Bartelik tak w 1992 roku pisał o artyście – „[…] od 1988 roku […] pracuje w Nowym Jorku, gdzie udało mu się natychmiast zainteresować swoimi rysunkami liczne pisma i wydawnictwa książkowe. Dzisiaj współpracuje on między innymi z „New York Times”, „Business Week”, „Newsweek”, „Penthause”, „Playboy”, St. Martins Press, Penguin Publishers i Vintage Books/Random House. Jest to imponująca lista klientów jak na artystę, który ukończył szkołę zaledwie przed kilkoma laty”. Sytuacja niewiele się zmieniła. Pomimo powszechnego dostępu nowych technik jak fotografia czy komputer A. Niklewicz nadal z sukcesem działa na polu ilustracji. „Ciągle […] dostaje zamówienia na rysunki […] głównie z magazynów; kiedyś były to również firmy reklamowe, ale dzisiaj robią to znacznie rzadziej” – przyznaje artysta w wywiadzie z Czesławem Karkowskim.

A. Niklewicz, zaproszenie na wystawę w Galerii PAAS, Nowy Jork 1990, zb. prywatne, foto. A.S.

A. Niklewicz tworzy działa konceptualne czy to w rysunku, rzeźbie, czy instalacji, którymi to formami zajmuje się od jakiegoś czasu z równie wielkim powodzeniem. W jego dziełach odnaleźć można korzenie kulturowe, doświadczenia przeszłości. Jak podkreśla w wywiadzie przeprowadzonym przez autorkę niniejszego tekstu, wiele prac osadzonych jest w jego polskim dzieciństwie, wyobraża emigracyjne oddalenie od kraju. Tajemniczo łączy i splata dwie jakości kultur w jakich przyszło mu się wychowywać i zaznawać życia. Sam A. Niklewicz tak mówi Czesławowi Karkowskiemu o swojej twórczości: „Kiedy klient zwraca się do mnie o wykonanie rysunku, musze przełożyć tekst na wizualna metaforę, a to czynność konceptualna, polegająca na znalezieniu zwięzłego wizualnego ekwiwalentu niekiedy długiego i skomplikowanego komunikatu. I tak ilustracja przygotowała mnie do działalności artystycznej”.

Jego kreska jest mocna, lecz najważniejszy jest system skojarzeń i droga prowadzenia konwersacji z odbiorcom dzieła. A. Niklewicz tworzy w sposób przemyślany, lecz skoncentrowanym na wolności odbioru. Tak jak w instalacjach, czeka na treści jakie wysnują się z widza, a nie narzuca powszechnej i nie znoszącej sprzeciwu interpretacji. Prace A. Niklewicza można zobaczyć na łamach zagranicznych i polskich gazet („Newsweek”), na ekspozycjach oraz w internecie. Obecnie artysta koncentruje się na działaniach instalacyjnych, co robi z niemniejszą przyjemnością i sukcesem.

Wiele lecz niewiele

A. Niklewicz, Monument to Borscht, Nowy Jork 2009, foto. A.S.

Sztuka nosząca znamiona polskości, czy to w korzeniach twórcy, czy też w motywach tworu, ma w Stanach Zjednoczonych sporo znaczących przykładów. Wśród samych ilustratorów wymienić należałoby znacznie więcej nazwisk, choćby:  Stanisława Zagórskiego, Stefana Mrożewskiego, Stanisława Szukalskiego, czy Witolda Tadeusza Marsa.

Wielu artystów określić można niezbyt trafnym określeniem twórcy emigracyjnego o pochodzeniu polskim i snuć na ich temat barwne opowieści. Tematyka ta jest jednak niezmiernie słabo opracowana. Istnieją nieliczne publikacje, w przerażającej większości będące artykułami prasowymi. Brak jest natomiast profesjonalnych, pełnych monografii, czy choćby encyklopedycznych wydawnictw. Szymon Bojko, Marek Bartelik, Andrzej Olszewski, czy Czesław Karkowski to nieliczne nazwiska ekspertów związanych z historią sztuki, którzy dzięki eksploracji Nowego Kontynentu byli w stanie opisać dorobek artystów o polskich korzeniach i zatrzymać na trochę pamięć o niektórych z nich. Są to jednak dopiero kamienie milowe i krople w morzu potrzeb jakże ciekawej historiografii polskiej w Stanach Zjednoczonych.

Autorka niniejszego tekstu dziękuje Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, z pomocą której miała możliwość bezpośredniego badania życia i twórczości Władysława Teodora Bendy.